21:37 – Mariusz Czubaj

O książce w Stereo.pl:
Przeczytaj fragment:
1
Przyjeżdżał tu co cztery tygodnie. Zawsze w połowie miesiąca. Zawsze piętnastego. Przyzwyczajenie i powtarzalność sprawiają, że nie wariujemy – powtarzał podczas kursów dla młodych adeptów kryminalistyki. Przyzwyczajenie i powtarzalność – dodawał, patrząc na potakujące mu głowy – są także wizytówką psychopatów i szaleńców.
Jak zwykle przyjechał z różami. Przywiózł nowy słoik po ogórkach konserwowych „Krakus”. Miesiąc temu, gdy zdarzały się jeszcze przymrozki, zauważył, że poprzedni słoik pękł. W domu nigdy nie mieli wazonu. Teraz też go nie kupił, żeby nie kusić złodziei, pewien, że nawet stąd ktoś prędzej czy później by go zabrał. A wtedy musiałby przyznać, że ktoś naruszył jego święte miejsce i zbeszcześcił je.
Krzyż był prosty, metalowy, gdzieniegdzie, zwłaszcza na końcach ramion, pokryty rdzą. Mężczyzna pochylił się, by zapalić znicz. Przyszło mu to z pewnym trudem. Sztruksowa, wygnieciona marynarka z łatami naszytymi na łokciach, w stylu Brudnego Harry’ego, zrobiła się po zimie podejrzanie ciasna. Miał nieco ponad metr siedemdziesiąt, a ważył niemal dziewięćdziesiąt kilogramów. Prawą dłonią przyczesał na skroni włosy, wśród których zdecydowanie przeważały te siwe. Jeszcze raz dotknął włosów.
U podstawy krzyża leżała sosnowa deska z wyżłobionymi inicjałami oraz cyframi: 1966–1991. Wstał i spojrzał na drogę. Przejechały dwa samochody, znacznie przekraczając, jak sądził, dozwoloną szybkość. Niedawno na odcinku między Bogusławicami a Grabową postawiono oznakowania informujące, że kierowcy dojechali do „czarnego punktu”. Wtedy, gdy to się zdarzyło, nikt nie stawiał żółtych tablic z czarnym iksem wpisanym w okrąg i nikt nie dziękował kierowcom za ostrożną jazdę. Był ciepły słoneczny dzień, taki jak teraz. Z niewyjaśnionych przyczyn samochód z trojgiem osób zjechał na pobocze i wbił się w drzewo. Tak brzmiał oficjalny komunikat. Nie było co zbierać – to usłyszał już nieoficjalnie. Od policjanta z drogówki.
Popatrzył na znicz. Płomień giął się raz w lewo, raz w prawo, niczym narciarz podczas slalomu. Mężczyzna potarł kilkudniowy siwawy zarost, który nigdy nie znikał z jego twarzy. Tak, zdecydowanie wolał to miejsce i krzyż przy szosie od rodzinnego grobu przy ulicy Sienkiewicza w Katowicach.
Nie lubił cmentarzy, bo w ogóle nie lubił tłoku. Nawet gdy chodziło o tłok wśród umarłych. Ta niechęć wzmagała się, gdy w cmentarnej alejce mijał grób ulubionego aktora. Przy grobowcu rodziny Cybulskich zawsze czuło się nieustającą obecność egzaltowanych fanów „polskiego Jamesa Deana”. Przechodząc kiedyś tamtędy, pomyślał, że ścisk musiał być też wtedy w tym pociągu, do którego po raz ostatni w życiu Zbyszek próbował wskoczyć.
Wyjął z kieszeni komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Dochodziła szesnasta. Za dwie godziny spotka się z trzema kolegami i przez dwie godziny będzie grał rockowe standardy. Wsiadł do samochodu, założył okulary przeciwsłoneczne i zrobił to, co także należało do comiesięcznego rytuału. Włożył płytę do odtwarzacza, wybrał numer utworu i czekał, aż gitara Jimmy’ego Page’a zacznie delikatnie, na początku cicho i jakby od niechcenia grać introdukcję. Since I’ve Been Lovin’ You. „Odkąd Cię pokochałem”. No właśnie: odkąd? Ile to będzie lat? Kiedy to było? Pustą drogę wypełniły obrazy z przeszłości. Molowy blues świadczący o geniuszu Led Zeppelin zbliżał się do końca, gdy zerknął na komórkę leżącą na miejscu pasażera. Zobaczył dwa nieodebrane połączenia.
Zaklął pod nosem. Powinien wyłączyć telefon. Czuł, że jeśli zadzwoni, próba zespołu stanie się równie realna jak to, że przebiegnie teraz czterysta metrów. Prędzej umrze na serce.
Zadzwonił.
– Tu Rudolf Heinz. – Gdyby na centrali nie znali jego głosu, mogliby pomyśleć, że dzwoni Al Pacino albo charyzmatyczny trener siatkarek. Skutek pięciu piw wypitych wczoraj wieczorem z Lambrosem Kastoriadisem, greckim mistrzem karate. – Przed chwilą ktoś chciał ze mną mówić.
Oficer dyżurny szybko przełączył rozmowę.
– Musisz przyjechać – usłyszał znajomy głos. – Wiem, że jest piętnasty… ale musisz przyjechać. Jeszcze dziś. Jest sprawa. Duża sprawa. Jak zwykle mawiasz: tyle o tym.
Epickie, stylistycznie obfite frazy nigdy nie były specjalnością naczelnika wydziału zabójstw. Co innego z sutymi obiadami. Było niedzielne popołudnie, więc naczelnik powinien teraz siedzieć w domu przy stole i wdychać aromat drugiego dania, które podała mu anorektyczna i upiornie gadatliwa żona. A jednak stało się coś, co sprawiło, że przełożony Heinza siedzi teraz w firmie i popija, w najlepszym razie, obrzydliwą kawę.
Duża sprawa. Duża sprawa jest taka, że dzisiaj nie będę mógł być na próbie.
Heinz westchnął i odszukał w komórce numer mężczyzny, którego znał od trzydziestu lat. Człowieka, którego palce z równą biegłością poruszały się po klawiaturze komputera i gryfie gitary basowej.
2
Budynek Komendy Wojewódzkiej przeczył potocznym opiniom, że architekci za czasów późnego Gierka byli pozbawieni wyobraźni. Monumentalna płyta pasowała, owszem, do tych powszechnych wyobrażeń, ale już falista fasada wprowadzała niepokój i miała niewiele wspólnego z monotonnymi siedzibami władzy z czasów Polski Ludowej. Heinz lubił budynki z tamtego okresu. Pamiętał dobrze, jak powstawały domy handlowe „Zenit” i „Skarbek”, może dlatego, że sam wtedy dorastał.
Miał dziewięć lat, gdy w 1972 roku otwierano, przy uroczystych dźwiękach orkiestry, Dworzec Główny, o którym mówiło się, że jest jednym z najnowocześniejszych dworców w Polsce. Trzy lata później po raz pierwszy uciekł z tego dworca nad morze, z niewielkim bagażem i wypłatą matki w kieszeni. Do domu przywiozła go milicja. Stąd jeździł na festiwale rockowe w Jarocinie, te najlepsze, z pierwszych lat imprezy, z niekończącym się, szalonym korowodem punków, rastamanów i wielbicieli heavy metalu.
Powróciły pierwsze takty bluesa Zeppelinów i Heinz pomyślał, że nie ma nikogo, z kim mógłby o tym wszystkim porozmawiać. Nie ma już od lat.
Jest profilerem – najlepszym w kraju specjalistą zajmującym się typowaniem nieznanych sprawców przestępstw. Samotnym łowcą tropiącym dzikie, unikatowe sztuki w rodzaju seryjnych morderców, gwałcicieli czy piromanów. W dodatku był łowcą ledwie tolerowanym przez policyjnych rutyniarzy.
Gdy przekroczył czterdziestkę, zrozumiał, że tak będzie już zawsze. Że nigdzie nie znajdzie swojego miejsca. W pracy patrzono na niego jak na dziwaka i outsidera, specjalistę od kosmicznych, wyimaginowanych teorii, które szczęśliwym trafem okazywały się przydatne w chwytaniu rozmaitej maści morderców. Nie lubił miasta, w którym mieszkał przez większość życia, ale też nie potrafił wyjechać z Katowic i rozstać się z coraz bardziej obskurnym dworcem. W mieszkaniu, dzielonym z synem, też nie czuł się jak u siebie. Może działo się tak dlatego, że nigdy nie potrafił wypełnić tych kilkudziesięciu metrów rodzinną atmosferą. Kiedyś jeszcze się o to obwiniał i próbował coś zmienić. Gdy syn skończył szesnaście lat i coraz częściej przebywał poza domem albo coraz później do niego wracał, Heinz zrozumiał, że poniósł porażkę. Najboleśniejszą spośród tych, jakie mu się przytrafiły.
– Nie obraź się, Hipis – powiedział mu kiedyś Lambros Kastoriadis – ale na więcej empatii natrafię w McDonaldzie, zamawiając Big Maca, niż u ciebie. Na sali treningowej senseia Kastoriadisa czuł się dobrze, ale bywał tam z upływem lat coraz rzadziej. Wolał spotkania przy piwie. Pozostało tylko jedno miejsce, w którym Hipis odżywał.
Hipis. Przezwisko nadali mu koledzy z zespołu. W przepoconych kanciapach, przerobionych na sale prób, zagraconych sprzętem muzycznym piwnicach, w magazynach pozbawionych wentylacji i oświetlanych jedną żarówką Heinz czuł się jeszcze najlepiej. Grał i wtedy czuł się wolny. „Wolność to inaczej nie mieć już nic do stracenia” – śpiewała boska Janis, jedna z idolek jego młodości.
A potem dopadała go brutalna prawda. Komisarz Rudolf Heinz, profiler, gitarzysta i posiadacz brązowego pasa karate, skończył czterdzieści cztery lata, nie miał nic do stracenia i coraz mniej do zyskania.
W niedzielne popołudnie w wydziale zabójstw było cicho. Wieczna reorganizacja w policji sprawiała, że Heinza i innych policjantów z Wydziału Kryminalnego przerzucano z pokoju do pokoju. Dziwnym trafem powierzchnia pokoi za każdym razem zmniejszała się, rosła natomiast liczba, jak to mówiono, lokatorów. Heinz dzielił teraz klaustrofobiczny pokoik z podkomisarzem Krzysztofem Kobuzem oraz aspirantką Antoniną Trzcińską, której zadaniem było wpisywanie tajnych danych do komputerowej bazy. „Wszystko ma na miejscu, tylko miejsca nie ma” – Kobuz na powitanie nowej lokatorki posłużył się jednym ze swoich licznych aforyzmów. Coraz więcej pomieszczeń w gmachu na ulicy Lompy przejmowali funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego i nic nie wskazywało, by miało się to zmienić. Przeciwnie, z każdym miesiącem będzie coraz gorzej – pomyślał Heinz i zapukał do gabinetu szefa.
Wszedł do pokoju i zakrztusił się dymem. Chociaż sam palił od dziesiątego roku życia, nie mógł się przyzwyczaić do papierosów naczelnika Wydziału Kryminalnego, Henryka Krygiera. Gdyby musiał opisać unoszącą się w pokoju woń, powiedziałby, że ma do czynienia ze smrodem palonych znoszonych gumofilców zmieszanych z mączką kostną. Naczelnik miał nadwagę większą niż Heinz, twarz podobną kształtem i rozmiarami do sznycla wiedeńskiego oraz sumiasty wąs, który sprawiał, że przypominał morsa.
– Gdyby tu był detektor dymu, z pewnością dostałby ataku kaszlu – wychrypiał Heinz.
Krygier zaśmiał się.
– Dobre, Hipis. Mógłbyś występować w programach „Na stojaka”, publiczność pękałaby ze śmiechu.
– Pomyślę o tym, jak przejdę na emeryturę…
Twarz naczelnika spoważniała.
– Nie teraz, Heinz. Teraz nie wyjeżdżaj z tą emeryturą. Jest sprawa.
– Duża sprawa. – Heinz powtórzył to, co usłyszał przez telefon.
– Owszem. A wygląda tak. Dwunastego kwietnia nad ranem przy Centrum Olimpijskim znaleziono zwłoki w liczbie sztuk dwie. Młodzi chłopcy, na oko koło dwudziestu lat. Sprawę komplikuje to, że ci chłopcy okazali się seminarzystami z seminarium duchownego.
– Dwóch kleryków! – Heinz gwizdnął.
– W rzeczy samej. Sprawę, jak się domyślasz, przejęło CBŚ. Tyle że wiesz, jak to z nimi jest…
Heinz wiedział. Sukces ma wielu ojców, porażka cierpi na chorobę sierocą. Gdy funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego przewidywali, że sprawa może być trudna –pozostanie nierozwiązana albo będzie się ciągnąć miesiącami – woleli przekazać ją policji. Pewnie tak było i tym razem. Niczego dobrego to nie wróży.
– W Komendzie Stołecznej powołano specjalny zespół – ciągnął Krygier. – I tu się zaczyna twoja rola…
– Zaraz – Heinz przerwał. – Rozumiem, że mamy podwójne morderstwo, chodzi o kleryków, więc sprawa jest delikatna. Ale od razu powołali specjalną grupę?
– Nie wiesz jeszcze wszystkiego. Klerycy, sztuk dwie. To pierwsza komplikacja. Druga jest taka, że wyglądali nieciekawie. Na głowach mieli torby foliowe… – Krygier czekał na reakcję. – Według wstępnych ustaleń ktoś ich tymi torbami udusił – dodał ciszej i sięgnął po kolejnego papierosa. – Facetowi, zbieraczowi puszek i butelek, który ich znalazł, serce o mało nie wyskoczyło przez gardło.
– Jakiś wrażliwy gość – powiedział Heinz. – Chyba – popatrzył na Krygiera – chyba że to nie wszystko.
Poczuł, że robi mu się niedobrze. Zapewne z powodu papierosów.
– Komplikacja numer trzy jest taka, że… – naczelnik zaciągnął się – że na tych foliach, na wysokości ust, ktoś namalował trójkąty.
– Namalował trójkąty?
– Różową szminką.
– No to mamy pełny odlot…
– Czekaj… Wszystko wskazuje na to, że jest jeszcze komplikacja numer cztery. Ale tego nie wiem. Tak czuje mój nos. Pytałem, ale ci z Warszawy nie chcą powiedzieć, o co chodzi. Widocznie uważają, że im mniej osób wie…
– Tym potem mniejszy wstyd – przerwał Heinz. – Rozumiem już, dlaczego CBŚ chętnie spuściło tę sprawę.
– Spuściło, ale nie do końca. Jak wiesz, Katowice znów rządzą. Jak za starych czasów – Krygier uśmiechnął się, czym jeszcze bardziej upodobnił się do morsa. – Prokuratura na szczeblu krajowym, abwera to ludzie stąd – wskazał ręką. – Uważają, że zabójstwo w Warszawie, z tymi torbami i tą szminką, to jakaś inscenizacja. No i ktoś w CBŚ przypomniał sobie, że w Katowicach jest niejaki Rudolf Heinz, specjalista od inscenizacji.
– Ale nie mogę jechać. – Heinz wstał z fotela. – Mamy zabójstwo w Lasku Aniołowskim, poza tym syn ma maturę, a przecież wie pan, szefie, że nie układa się nam. Mają tam swoich ludzi, powołali specgrupę, czego jeszcze chcą?
– Pojedziesz tam, rozejrzysz się, przewietrzysz warszawkę i wrócisz. Nie będziesz członkiem specgrupy, masz być raczej koordynatorem. Takim… – Krygier szukał słowa – wolnym elektronem, który będzie działał po swojemu. Wiem, że mamy tu gówno na własnym terenie, w Lasku Aniołowskim, ale centrala nalega. Poza tym ludzie stąd pamiętają, że dobrze sobie radzisz w takich sprawach.
– Jakich sprawach?
– Z podtekstem religijnym. Umiesz się w tym poruszać. Kończyłeś liceum katolickie z internatem…
– I co z tego? To było dawno. Jestem policjantem, a istnienie policji to koronny dowód na nieistnienie Boga. Poza tym liceum nie skończyłem, wyrzucili mnie, gdy zorganizowałem mecz na korytarzu koszem na śmieci, a potem przypadkiem uruchomiłem gaśnicę pianową.
– Dobre. Tak czy inaczej pojedziesz – ciągnął Krygier. – Ktoś z Biura pamięta sprawę Inkwizytora. Podejrzewają, że tym razem też może chodzić o jakiegoś maniaka religijnego.
Heinz drgnął. Przed oczami stanęła mu twarz mężczyzny z siatką drobnych zmarszczek wokół oczu koloru stali. Twarz, która niczym się nie wyróżniała i rozpływała się w gąszczu podobnych. Może tylko różniła się dziwnie nieobecnym spojrzeniem. Spojrzeniem spokojnym i bezwzględnym. Przez ostatnie lata Heinz widział tę twarz przed sobą coraz rzadziej. Prawie o niej zapomniał.
Dym ukraińskich papierosów stał się nie do zniesienia. Heinz znów się zakrztusił. Krygier podszedł do okna i otworzył je szeroko.
– Nie chciałem ci tego przypominać – powiedział cicho. – Tak czy inaczej pojedziesz, rozejrzysz się i wrócisz. Miasto znasz, mieszkałeś tam całe lata i masz ze strony CBŚ to, co lubisz – wolną rękę. Poza tym pamiętaj: czuję, że jest tu jeszcze coś, czego mi nie powiedzieli. Masz być u nich jutro.
Krygier spojrzał na zegarek.
– Będę jadł zimny rosół. Zanim znikniesz, powiedz jeszcze, co sądzisz o gównie w lasku?
– Kobieta w średnim wieku podziurawiona nożem. Dosłownie podziurawiona, bo sprawca zadał prawie czterdzieści ciosów. Teren wokół rozryty, jakby przebiegło tam stado dzików, mnóstwo nieczytelnych śladów. On ją dźgał, gdzie popadnie, a ona, póki mogła, starała się uciec… Być może uciekała… Takie przynajmniej jest pierwsze wrażenie. I wreszcie gwóźdź programu – ptasie pióro w dłoni zamordowanej…
– Mówiłeś już o tym na zebraniu. Nie rozumiem, co cię tak dziwi. Umierała i zacisnęła palce. Trafiła akurat na pióro. Nadal nie rozumiem, co w tym dziwnego.
– Jestem pewien, że tego pióra tam nie było. Nie potrafię tego udowodnić – Heinz podszedł do okna – ale jestem pewien, że pióro przyniósł ze sobą sprawca. Mówił szef o inscenizacji. I to w tym przypadku prawda. Skurwiel zainscenizował dla nas przedstawienie.
Słońce wdarło się do gabinetu naczelnika i Heinz zmrużył oczy.
– To nie jest tak, że poszedł ze swoją wybranką na spacer – bo to, że ją znał, nie ulega wątpliwości – a potem sprawy wymknęły się spod kontroli, doszło do sprzeczki i stało się, co się stało. On to zaplanował. Poszedł tam z nią z myślą, że ją zabije. Pióro jest tu kluczem. Pamięta pan może przypadek Johna Jouberta?
– Pamiętam tylko tych, których złapałem – odpowiedział Krygier. – A takiego sobie nie przypominam.
– Tam chodziło o ołówek. Zresztą… nieważne… Powiem tak: ten facet powróci. Obawiam się, że znowu zabije. Gówno będzie śmierdzieć jeszcze bardziej. Tyle o tym. – Heinz przyczesał dłonią włosy.
Krygier ponownie spojrzał na zegarek i westchnął. Wziął marynarkę i podszedł do drzwi. Wyszli na opustoszały parking. Naczelnik przeciągnął się niczym potężne zwierzę wybudzone z zimowego snu.
– Wiesz co? Pieprzyć to wszystko. W końcu jest niedziela. Czeka na mnie rolada wołowa po opolsku.
– Opole jakoś źle mi się kojarzy, szefie. – Heinz wyobraził sobie zielone strzępy ogórka kiszonego i różowe kawałeczki boczku drgające na ustach i wąsach Krygiera.
– A prawda, Opole… – Naczelnik przestał się przeciągać. – Jesteś… – szukał odpowiedniego słowa – jesteś defetystą, Heinz. Tak sobie postanowiłeś. I ten twój programowy smutek sprawia, że ciągle drepczesz w miejscu.
Heinz nie odpowiedział. Uniósł rękę w geście pożegnania i odwrócił się.
Krygier patrzył, jak samochód Heinza rusza w stronę szlabanu.
– Tyle o tym – mruknął za odjeżdżającym komisarzem.
3
Zakupy zrobił niedaleko komendy, choć tani supermarket „Lidl”, zwany też niekiedy „Korytem” lub „Zemstą Helmuta”, miał pod domem. Kupował głównie mrożonki. Heinz nie lubił niedzielnych zakupów, nieobliczalnych świątecznych kierowców na parkingu przed hipermarketem, szczęku wózków uderzających o inne wózki, klientów patrzących z wyrzutem, gdy ich bolid konsumpcji przypadkiem otarł się o inny wózek. Nie cierpiał wiecznych kolejek przy kasie, które wydłużyły się jeszcze bardziej, gdy pojawiły się nowe usługi umożliwiające płacenie rachunków za gaz, wodę, telefon i co tam jeszcze można sobie wyobrazić.
Tym razem, wbrew zwyczajowi, Heinz włożył więcej do koszyka. Musiał coś zostawić dla syna, a nie wiedział, jak długo go nie będzie.
Przewietrzyć warszawkę. W stolicy spodziewał się kłopotów. Podwójne zabójstwo to już kłopot, a tu jeszcze dochodziły okoliczności. Dwaj klerycy z torbami na głowach, różowe trójkąty, a jak – twierdził naczelnik – pewnie coś jeszcze, o czym wiedzą tylko ci, którzy prowadzą dochodzenie. Zaangażowanie Centralnego Biura Śledczego. Od lat nie miał takiej sprawy. Był już na Osiedlu Tysiąclecia, dumie powojennego Śląska, gdy poczuł, że jego koszula nadaje się do wyżęcia.
Wbrew temu, o czym się czyta w powieściach, morderstwa należą do przestępstw najbanalniejszych i najłatwiejszych do wykrycia. Trzy czwarte dramatów z trupem w tle to historie rodzinne. Heinz zapamiętał tytuł jakiejś książki – Morderstwo jako jedna ze sztuk pięknych. Nic bardziej mylnego. Do dziś przypominały mu się zdumione spojrzenia agentów FBI, gdy podczas stażu w Quantico prezentował statystyki zabójstw popełnianych w Polsce. Amerykanie kręcili z niedowierzaniem głowami, gdy opowiadał o liczbie morderstw popełnionych z użyciem siekiery, łopaty czy wideł. Zło jest banalne i prymitywne, mówił na kursach dla studentów. Najpewniej żaden z was nigdy nie spotka na swojej drodze seryjnego zabójcy.
Widział, że mówiąc to, sprawia im zawód. I bardzo dobrze.
Ktoś na niego zatrąbił. Widać, że zrobiła się prawdziwa wiosna – pomyślał Heinz. Sznur samochodów jechał od strony Wojewódzkiego Parku Rozrywki i Wypoczynku, tych „zielonych płuc”, które Ślązacy zawdzięczali generałowi Ziętkowi. To chyba pierwsza niedziela w tym roku, gdy przyjezdni zablokowali miejsca parkingowe mieszkańcom tauzena, jak zwykło się nazywać jego osiedle. Heinz był przy przystanku koło „Żyrafy”, tworu architekta, który zbyt długo wpatrywał się w surrealistyczny obraz Salvadora Dalego, gdy usłyszał iskrę przeskakującą po sieci trakcji tramwajowej. Ten dźwięk zawsze kojarzył mu się ze skwierczeniem topionego tłuszczu. Skwierczeniem palonego ciała. Już drugi raz tego dnia mignęły przed nim bezlitosne oczy koloru stali. Gwałtownie zahamował. Usłyszał za sobą pisk opon i wściekły ryk klaksonu.
Heinz oddychał ciężko.
– Jak jeździsz, palancie! – Rumiany czterdziestolatek wysunął głowę przez opuszczoną szybę samochodu. Wrzeszczał, jakby był wokalistą rockowym. Jakąś podłą namiastką Axela Rose’a.
Heinz czuł, że wraca do rzeczywistości. Spojrzał w lusterko wsteczne. Stał za nim mercedes na niemieckich rejestracjach. Na siedzeniu pasażera blondynka zaczęła poprawiać makijaż.
– Zielone płuca szkodzą… – wycedził, spoglądając przez przednią szybę.
– Chcesz pogadać? No to zjedź na bok, gościu, to porozmawiamy. Albo zadzwonimy po policję. – Rumiana twarz rozgrzała się do czerwoności.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale dwie dłonie zamknęły się w stalowym uścisku na jego głowie. Szarpnął głową, próbując uwolnić ją z potrzasku i wysunąć na zewnątrz, ale poczuł przeszywający ból w karku. Dwa kciuki Heinza wbiły się w dwa miękkie punkty poniżej małżowin usznych. Rumiany wokalista jęknął i targnął głową. Nic to nie dało. Heinz nacisnął kciukami jeszcze mocniej.
– To ja jestem policją. A teraz spadaj, szmaciarzu, bo będą kłopoty. – Heinz zwolnił uścisk. Szybko spojrzał w lusterko wsteczne. Za mercedesem zatrzymywały się samochody, z których zaczęli wysiadać zaintrygowani ludzie.
– To się nazywa czynna napaść na policjanta, rozumiesz? – wychrypiał Heinz. – Wypierdalaj razem z tą swoją laską, którą wieziesz. Tyle o tym.
Rumiany odskoczył, jakby użądliło go kilka szerszeni. Podbiegł do mercedesa. Dziewczyna, która siedziała na miejscu dla pasażera, przestała piłować paznokcie.
– Co tak długo, kochanie? – zapytała. – Jakoś dziwnie wyglądasz – spojrzała na mężczyznę. – Masz coś czerwonego pod uszami.
Samochodu Heinza już nie było.
Spotkałem psychola, pomyślał kierowca mercedesa. I przyrzekł sobie, że po raz pierwszy i ostatni przyjechał do Parku Rozrywki.
4
Nerwy. Nie panuję nad sobą. Kiedyś to się źle skończy. Tak dzieje się zawsze, gdy powraca Inkwizytor. Dlaczego zabójstwo dwóch kleryków skojarzyło się komuś z tamtą sprawą sprzed lat? Sprawą, która zrujnowała mu karierę i zdrowie. Nie wytrzymał i sięgnął po komórkę. Wyszukał numer, który kiedyś znał na pamięć. Usłyszał komunikat nagrany na sekretarkę i sygnał rozpoczynający nagrywanie. Zawahał się. Dopiero po kilku sekundach zostawił wiadomość.
– Mówi Heinz. Dawnośmy się nie słyszeli. Mam prośbę. Mógłbyś sprawdzić, jak czuje się nasz podopieczny? Tak z ciekawości pytam. Daj znać.
Samochód zatrzymał się pod „kukurydzą”, jedną z trzech dużych postawionych na tauzenie. Dla mieszkańców dwudziestoczteropiętrowych wieżowców dwie pozostałe, osiemnastopiętrowe, „kukurydze” to już inna jakość. To tak jakby porównywać Stadion Śląski z ładnym, ale prowincjonalnym boiskiem. Heinz nigdy nie był pewien, czy powinien podzielać dumę mieszkańców dużych „kukurydz”. Mieszkał na drugim piętrze, co w przypadku wieżowca wydawało się równie stosowne, jak słuchanie bluesów Steve’a Ray Vaughana podczas lotu helikopterem. Albo piosenek Anny Jantar podczas kołowania nad Lasem Kabackim.
Heinz naprawdę był dumny ze swojego mieszkania tylko raz. Wtedy, gdy wprowadzali się tu z rocznym synkiem. Wieżowiec wyrósł wśród pól, gdy zdychała Polska Ludowa i gdy wszyscy, zgodnie z hasłem towarzyszącym wyborom do nowego parlamentu, mieli wreszcie być we własnym domu. Po latach odrapana, brudna „kukurydza”, na której odnowienie spółdzielnia nigdy nie miała pieniędzy, wydawała się Heinzowi symbolem niespełnionych rojeń o „polskim Manhattanie na Śląsku”. Symbolem nieudolnego kapitalizmu, rozpędzonego i niebezpiecznego jak kiepski kierowca na autostradzie. Ostatnio zaczął odczuwać nienawiść do swojego mieszkania, w którym krótko byli we troje, potem lata całe we dwóch. Teraz najczęściej przesiadywał w trzech pokojach sam.
Na parter zjechała winda i komisarz ujrzał w szybce znajomą twarz. Chciał się cofnąć, ale było za późno. Po chwili kościste palce staruszki mieszkającej na tym samym, drugim, piętrze zacisnęły się na marynarce Heinza. Drugą ręką kobieta trzymała psa na smyczy. Patrzył na wygnieciony rękaw i zastanawiał się, co by było, gdyby starucha dostała szczękościsku.
– Słyszał pan, inspektorze? Straszne rzeczy się dzieją.
Staruszka od niepamiętnych czasów nazywała Heinza inspektorem. Wprowadziła się do „kukurydzy” w tym samym czasie co oni i szybko zyskała przydomek Gumowe Ucho. Kobieta wiedziała wszystko o wszystkich i, co gorsza, dzieliła się tą wiedzą równie chętnie jak opowieściami, jak to za czasów generała Ziętka sadziła drzewka w Parku Rozrywki.
– Jak pani wie, nie bardzo interesuję się…
– Policja musi coś z tym zrobić – przerwała Gumowe Ucho.
Henz zmartwiał. Dla staruszki policja to był on. Przypomniał sobie, jak nachodziła go przez dwa tygodnie, gdy wandale niszczyli nowe ławki przy Alei Krzywoustego.
– Naprawdę teraz nie…
Usłyszał ciche warknięcie. Popatrzył na psa i pomyślał, że chętnie wgniótłby go w posadzkę.
– Zna pan pana Karolaka? Oczywiście – odpowiedziała sobie sama – że pan zna, bo mieszka pod panem. Ma takiego samego psa jak mój Kubuś. I ostatnio jego pies został zaatakowany przy naszym śmietniku przez szczury. A potem pan Karolak widział, jak szczury rozszarpały gołębia. Na jego oczach rozszarpały…
– Widzi pani, teraz wyjeżdżam, ale jak wrócę, zadzwonię gdzie trzeba.
– Niech pan dzwoni jeszcze dziś! Takie sprawy nie mogą czekać.
Komisarz zmrużył oczy i wyobraził sobie szczątki Kubusia rozwłóczone przez szczury. Wtedy usłyszał dzwonek telefonu.
– O widzi pani – wyzwolił rękę z uścisku – dobrze się składa, zaraz przy okazji o tym powiem.
Zniknął w windzie. W zasadzie, ze względu na nadwagę, powinien te dwa piętra pokonywać schodami.
Sygnał połączenia nie ustawał. Heinz sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Usłyszał znajomy głos.
– Nasz podopieczny siedzi w psychuszce na strzeżonym oddziale. Czyli bez zmian.
W głosie doktora Kornaka wyczuł lekkie wahanie.
– Dzięki. Chcesz coś jeszcze powiedzieć?
– To chyba bez znaczenia… Ale… Może to dziwne, ale ty nagrywasz się i pytasz o niego, a on ostatnio pytał o ciebie…
Rozmawiali jeszcze chwilę. W końcu Heinz się rozłączył. Zadzwonił do mieszkania. Za drzwiami było cicho. Klucz zgrzytnął w drzwiach, a on poczuł, że ma dłonie lepkie od potu.
Zapomniał o rozmowie telefonicznej. Więc tak wygląda życie w krainie wiecznego chłodu.
Otworzył pokój syna i zobaczył stłamszoną pościel. Od wczoraj nikt tu nie wchodził. Sięgnął po komórkę, ale się rozmyślił. Ostatnio nie układało się między nimi. Heinz czuł, że tracą kontakt, jeśli w ogóle o takim można było kiedyś mówić. Może przed sześciu laty, kiedy leżał w szpitalu po sprawie z Inkwizytorem. Gdy widział przestraszone oczy syna podczas odwiedzin i słyszał szept ciotki, która przyjechała z Warszawy, by opiekować się chłopcem.
Czuł się zmęczony. Wypił dwa piwa w wannie, spakował rzeczy i sięgnął po gitarę. Epiphone Les Paul wykonany z jesionu dawał ciepłe, niskie brzmienie. Zagrał kilka taktów i podgłośnił wzmacniacz. Gdy przestał grać, usłyszał, że pan Karolak, ten któremu szczury pogryzły psa, wściekle wali czymś w sufit. Heinz postanowił zrobić to, co zwykle. Podszedł do szafy, by wyjąć kij bejsbolowy, który przywiózł ze Stanów, i przywalić nim w kaloryfer. Zapewne Karolak skuli się podobnie jak jego pies i nie będzie się więcej awanturował. Otworzył skrzypiące drzwi, wsunął rękę, ale nie natrafił na chłodny uchwyt. Otworzył szafę szerzej i zaczął macać w stercie pogniecionych ubrań, rzucanych jak popadło. Kija nie było. Pomyślał o synu i chwycił za telefon. Nie, to niemożliwe. Pewnie po ostatniej awanturze z Karolakiem wypił za dużo i rzucił kij byle gdzie.
Bylejakość. Byle jakie życie stało się normą.
Dochodziła dziesiąta, a syna wciąż nie było. Wybrał numer telefonu. Po dziesięciu sygnałach rozłączył się. Wybrał ponownie. Z tym samym skutkiem. Przypuszczał, że tak będzie i dlatego odwlekał ten moment. Pozostało zrobić to, co zwykle robił w takich sytuacjach. Wziął żółtą kartkę samoprzylepną i napisał, że wyjeżdża na kilka dni. Doszło do tego, że porozumiewali się za pomocą kartek przyklejanych na lodówce. Z drugiej strony to pewien postęp, jeśli wziąć pod uwagę moje relacje z ojcem – pomyślał z goryczą Heinz. Może tak objawia się ewolucja.
Od czasu sprawy z Inkwizytorem zasypiał przy muzyce. Teraz słuchał, jak John Lee Hooker śpiewa o Tupelo – miasteczku w stanie Missisipi zalanym przez powódź, miasteczku, dla którego nie było ratunku – i przewracał się z boku na bok.
Takty bluesów mieszały się z głosem naczelnika wydziału kryminalnego. Dwaj martwi klerycy, torby foliowe, różowe trójkąty namalowane szminką. I pewnie coś jeszcze. Bonus. Jak na kompaktach i płytach DVD. W końcu musi być jakiś powód tej dziwnej nerwowości, która zapanowała w CBŚ. Poprosili o pomoc, chociaż nie minął tydzień od momentu, gdy znaleziono ciała. Dwunastego kwietnia nad ranem, dziś jest piętnasty. Raptem cztery dni. Najważniejsze w śledztwie jest pierwsze czterdzieści osiem godzin. Wtedy trzeba zamknąć sprawę, przynajmniej wytypować sprawcę. Każda następna godzina jest porażką. Po tygodniu zaczyna się dreptanie w miejscu. Najwyraźniej ktoś uznał, że w tej sprawie dreptanie zaczęło się wcześniej.
Heinz przewracał się z boku na bok i nie mógł zasnąć. Podszedł do biurka, wyjął z szuflady tekturową teczkę i schował ją do torby. Kobieta podziurawiona w Lasku Aniołowskim. Przejrzę raz jeszcze papiery w drodze do Warszawy.
Płyta włączona na autoodtwarzanie zaczęła powtarzać utwory. John Lee Hooker znów śpiewał o Tupelo, a Heinz kolejny raz powtarzał w myślach, co usłyszał od Kornaka.
– To chyba bez znaczenia… Ale podopieczny pytał o ciebie…
– Pytał?
– Lekarz, z którym rozmawiałem, powiedział mi, że podopieczny wczoraj go zapytał, czy przypadkiem wie, co porabia Rudolf Heinz. Gdy zaprzeczył, podopieczny powiedział coś takiego: „Jeśli się spotkacie, zapytaj go, czy pamięta wiersz”.
– Wiersz? Jaki wiersz?
Kornak za długo zwlekał z odpowiedzią. Heinz wiedział, że usłyszy coś jeszcze.
– Chyba nie powinienem ci tego mówić, ale trudno. Potem powiedział: „Chodzę i się pytam, gdzie jest moja szubienica”…
– To wszystko?
– Nie. Dodał jeszcze: „A gdzie jest twoja szubienica, Heinz?”
6
InterCity odjeżdżał do Warszawy o szóstej czterdzieści. Heinz minął trzy puste przedziały i wszedł do swojego. Oczywiście – pomyślał – tak jest zawsze. Jak to się dzieje, że zawsze trafiam tam, gdzie ktoś już siedzi. Miał miejsce pod oknem. Naprzeciw usiadła trzydziestolatka z toną pudru na policzkach. Z blond odrostami przebijającymi przez czarną farbę wyglądała jak samica tygrysa. Naprzeciwko niej, po skosie, przy drzwiach, usiadł chłopak w kowbojkach i obcisłej białej koszulce polo.
Heinz wiedział, co teraz nastąpi. Nie pomylił się. Tygrysica wyjęła kosmetyczkę, sprawdziła w lusterku, czy perfekcyjny makijaż nie doznał uszczerbku, wyjęła dwa telefony komórkowe oraz dwutygodnik poświęcony galaktycznym gwiazdom seriali i estrady i zastępom ich czeladników, mozolnie przeciskających się z dalszego planu na pierwsze strony. Chłopak przeciągnął się. Położył koło Heinza komórkę i ostatni numer „Runner’s World”, pisma dla biegaczy. „Popraw swoją kondycję. Więcej biegu – lepszy seks” – bił po oczach nagłówek na okładce. A potem Tygrysica i Biegacz rozłożyli na kolanach laptopy.
Ledwo pociąg ruszył, Heinz wstał i poszedł do warsu. W wagonie restauracyjnym zamówił od razu dwie kawy ze śmietanką. W InterCity zawsze czuł się jak intruz. Wśród mundurów nowego ustroju, garniturów i żakietów, menedżerów i dyrektorów rozmaitego szczebla czuł się jak kloszard. Gdy szedł korytarzem, widział przestrach w oczach podróżnych. Najwyraźniej spodziewali się, że ten mężczyzna z niechlujnym zarostem, w wygniecionej sztruksowej marynarce z łatami na łokciach, pamiętającej zapewne lata siedemdziesiąte, podejdzie i poprosi o datek. Gorzej od niego ubrani byli tylko turyści z zagranicy, a ich powyciągane t-shirty stanowiły jawne wyzwanie rzucone biznesowej elegancji.
Tym razem jednak nie był ubrany najgorzej. Przy stoliku najdalej odsuniętym od baru siedział chłopak w bluzie z kapturem. Przez pół godziny nic nie zamówił. Teraz przypatrywał się lampkom zwieńczonym kloszami z matowego szkła.
– Proszę pana, to nie poczekalnia. – Heinz usłyszał głos zirytowanego kelnera. – To restauracja. Proszę coś zamówić albo stąd wyjść.
– Mogę się zastanowić, nie? – Chłopak nie dawał za wygraną.
– Byle szybciej.
Heinz westchnął, dopił drugą kawę i wrócił do przedziału.
Gdy otwierał drzwi, zauważył, że Tygrysica i Biegacz rozmawiają z ożywieniem.
– Och – szczebiotała kobieta – produkujemy nie tylko urządzenia słaboprądowe. Pilnujemy także naszych resellerów… Niekiedy trzeba ich postawić do pionu…
Chłopak kiwnął głową z uznaniem. Wachlował się „Runner’s Worldem”.
– Podobnie u nas – powiedział – chociaż nadzór nad centralnymi systemami zarządzania w inteligentnych budynkach jest procesem bardziej złożonym. – Wpadł w rytm wykładu. – Nasze produkty muszą być odpowiednio zestandaryzowalne i skalowalne. Z dbałością o customizację i integratorów.
Teraz ona kiwała głową z uznaniem.
– My w firmie wciąż mamy kłopoty na poziomie supportingu.
Heinz patrzył przez okno na kwitnące drzewa. W szybie odbijała się twarz rozentuzjazmowanej menedżerki. To już nie była rozmowa ludzi z branży. To była pieśń nad pieśniami. Przerywali rozmowę tylko wtedy, gdy musieli odebrać telefon. Nie było szans, że zamilkną. Równie dobrze mógłby walić kijem bejsbolowym w lalkę Barbie i oczekiwać, że ta stanie się alterglobalistką.
„Podłącz się, dostrój, odpadnij” – mawiał guru hipisów Timothy Leary. Heinz postanowił się wyłączyć. Wyjął zabrudzoną pożółkłą teczkę zawiązaną czarnym brudnym sznurkiem. Mięsień na twarzy Tygrysicy drgnął i na nienagannej fasadzie z pudru pojawiło się pęknięcie.
Znał dobrze Lasek Aniołowski. Kilka lat temu skinheadzi napadli tam na bezdomnych. Zakatowali starszego mężczyznę, ciężko ranili dwie kobiety. Teraz Lasek znów będzie omijany szerokim łukiem. Wprawdzie miejsce zabójstwa podlegało komendzie miejskiej w Częstochowie i to tam prowadzono sprawę, jednak – jak często bywało – Heinz został poproszony o konsultację.
Ofiarą była czterdziestopięcioletnia kobieta, od czterech lat wdowa, mieszkanka Interioru, jak często nazywano miasto, nad którym panował klasztor na Jasnej Górze. Samotna i spokojna. Jak takiej spokojnej kobiecie można zadać czterdzieści ciosów nożem? Heinz przekładał zdjęcia niczym karty do gry. Zryty teren. Tylko czy na pewno w trakcie walki? Istniało przecież ogromne ryzyko, że na miejscu pozostaną ślady umożliwiające identyfikację ofiary. Tymczasem pod paznokciami zabitej nie było – jak to określił technik policyjny – „interesującego materiału”. Analiza mikrośladów na ubraniu też nic nie dała. Morderca – niemal na pewno mężczyzna – działał starannie. Metodycznie. Heinz znów spojrzał na zdjęcie. Przeczesał włosy na skroni. Nie, to się nie zgadza. Teren zniekształcono już po zabójstwie. Może po to, by stworzyć pozory, że zbrodnię popełniono po gwałtownej kłótni.
Heinz wyjął kolejną fotografię. Przedstawiała kobiecą dłoń pokrytą zlepionymi grudkami ziemi i zaschniętymi plamkami krwi. Między kciukiem i palcem wskazującym trzymała ptasie pióro. Pióro gołębia. To z pewnością nie mógł być przypadek. Heinz przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Krygierem. Zapytał wówczas o Johna Jouberta.
Znów powróciła przeszłość. Pierwszy staż w Quantico, w Jednostce Nauk Behawioralnych FBI. Wtedy, wśród wielu przypadków analizowanych podczas ćwiczeń, zetknął się z historią mężczyzny, który zginął od ciosów ołówkiem. Narzędzie zbrodni wskazywało na byłego więźnia, wymierzanie sprawiedliwości za pomocą ołówka należy bowiem do więziennej klasyki. Ówczesny guru amerykańskich profilerów uznał, że jest inaczej: ołówek wskazuje na żółtodzioba, na kogoś, kto zabija pierwszy raz tym, co akurat ma pod ręką. Tak czy siak, ołówek okazał się kluczem do całej sprawy.
W jego sprawie pióro jest tak samo ważne, jak w tamtej ważny był ołówek. Metodyczność zbrodni w Lasku Aniołowskim wykluczała możliwość przypadku. Pióro włożone do dłoni kobiety było wizytówką mordercy. Jego podpisem, wciąż dla Heinza nieczytelnym. Rozkopana ziemia to element inscenizacji. Najbardziej przerażała go liczba ciosów. Czterdzieści uderzeń, z których pewnie połowa to pchnięcia śmiertelne. Dlaczego więc dźgał kobietę bez opamiętania? Bo jej śmierć mu nie wystarczała. Śmierć nie zaspokoiła jego potrzeb. Chciał czegoś więcej. Kogoś więcej.
Teraz skurwiel siedzi w pracy. Albo je obfite śniadanie w domu i ogląda telewizję. Przechodzi fazę wyciszenia. Fazę maskowania się, jak mawiają koledzy z Ameryki. Jednak faza normalności kiedyś się skończy. On znów uderzy. Może się to zdarzyć za tydzień albo za pół roku. Ale się zdarzy. Zamknął oczy. Położył teczkę na kolanach. Był zmęczony po źle przespanej nocy. Chyba przez kilka minut spał.
– I tak myślę sobie, że mogłabym być PR Count Manager – wyrzuciła z siebie Tygrysica z szybkością kałasznikowa. – Ale to ślepa uliczka. Bo PR Count Manager to funkcja, nad którą nie ma innego stanowiska. Więc nie mogłabym awansować. Chyba że na prezesa…
Zobaczyła, że mężczyzna siedzący naprzeciwko patrzy na nią.
– O, już nie śpimy – niemal zaśpiewała, najwyraźniej znudzona rozmową z Biegaczem. – A pan, jeśli wolno zapytać, czym się zajmuje?
– Kiedyś powiedzieliby, że jestem alienistą – przypomniał sobie tytuł jednego z kryminałów, który czytał dawno temu.
– Słucham? – nie zrozumiała.
– Nieważne. Jestem konsultantem.
Chłopak, który wciąż wachlował się egzemplarzem czasopisma dla biegaczy, skinął głową z uznaniem.
– Konsultantem? – zapytał.
– Z angielska mówiąc, jestem profilerem. Oceniam, czy ktoś się do czegoś nadaje, czy nie. Czy mógłby zrobić coś, czego nie mogą inni.
Poczuł, że dwie kawy wypite w warsie bezlitośnie atakują pęcherz.
– Przepraszam państwa. – Wstał. Z teczki wysunęło się kilka zdjęć.
Chłopak podniósł je z rudawego dywanika i zbladł. Zdjęcia przedstawiały trupa kobiety. Krwi było tak dużo, że zdawało się, iż zaraz zacznie skapywać z fotografii.
– Przepraszam – mruknął Heinz. – Te zdjęcia nie są, by tak rzec, zestandaryzowalne. Tej kobiecie – pstryknął palcami w zdjęcie – supporting nie jest już potrzebny.
Spojrzał na Tygrysicę, która nagle zamilkła. Na półce przy oknie leżał kolorowy magazyn. Na okładce Heinz zobaczył znaną piosenkarkę i bijący po oczach tytuł: „Dlaczego odwołała ślub?!”
– Jak pani myśli – zwrócił się do milczącej Tygrysicy – dlaczego odwołała ślub? – Pokazał na okładkę.
– Pewnie się rozmyśliła… – Ledwie dosłyszał odpowiedź.
– E tam, rozmyśliła… Umówili się z narzeczonym, że przesuną termin o miesiąc, by gazety znów mogły o nich napisać. Tyle o tym.
Schował pobrudzoną pożółkłą teczkę i wyszedł na korytarz.
Doszedł do toalety, ale ktoś zdążył go uprzedzić. Na odrapanych drzwiach wc przymocowane były dwie plastikowe przegródki. Obie wypchane tą samą broszurą. Heinz otworzył na chybił trafił i przeczytał: „Z budowaniem zespołów ściśle związany jest temat coachingu. Raz zbudowanego zespołu nie można pozostawić bez pomocy”. Coaching. Jak customizacja i supporting. Na dole jeszcze wyczytał, że tematem broszury są „letnie rozważania na temat zarządzania”.
To zupełnie jak jakieś cholerne rekolekcje dla menedżerów.
Toaleta zwolniła się i Heinz niepewnie wszedł do środka. W pociągowym kiblu, nawet w InterCity, czekają niespodzianki i tu żaden coaching nie pomoże. Ostatnio, gdy jechał na wykład do Poznania, na zgniłozielonej pokrywie muszli klozetowej zobaczył smugę białego proszku, który każdemu średnio rozgarniętemu policjantowi skojarzyć się może tylko z jednym. Heinz wysikał się i spuścił wodę. Rekolekcje dla menedżerów, stawiając opór wodzie, znikły w kloacznej rurze.
Pociąg zbliżał się do Warszawy Centralnej. Heinz bez słowa pożegnania wyszedł z przedziału. Na peronie przy ruchomych schodach stały dwie staruszki z gazetkami w ręku. Okładkę wypełniały różne odcienie błyskawic i groźna brodata twarz wyglądająca zza chmur. „Kiedy Armagedon?” – głosił napis wybity czerwoną czcionką.
– Może pan kupi? – zapytał jedna z kobiet. – Bardzo ciekawa gazeta.
7
Służbowy samochód wiózł go w stronę Pałacu Mostowskich. Heinz z trudem rozpoznawał miasto, w którym studiował, gdy podjął drugą próbę uwolnienia się od Śląska i wspomnień z dzieciństwa, krepujących swobodę niczym kaftan bezpieczeństwa. Pierwsze podejście – gdy dał się zamknąć w szkole z internatem – zakończyło się klęską, wstydem i hańbą, jaką niesubordynowany uczeń okrył rodzinę. Wydawało się, że drugie podejście zakończy się inaczej – Heinz skończył w Warszawie socjologię, pracował w spółdzielniach studenckich, dorabiał jako stróż nocny, wyspecjalizował się w myciu okien na dużych wysokościach. I wtedy przypadek zwany miłością zrządził, że powrócił do Katowic.
Samochód zatrzymał się na światłach na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Królewskiej. Podeszła Rumunka z dzieckiem na ręku. Wyciągnęła dłoń w stronę kierowcy, a gdy ten nie reagował, spojrzała na Heinza siedzącego z tyłu. Znów wyciągnęła dłoń, potem wskazała palcem na usta i śpiące dziecko. Wreszcie zamaszystym ruchem zaczęła kreślić znak krzyża. Trzy-czteroletnie dziecko drgnęło wybudzone ze snu. Zza szczelnie zamkniętych szyb do Heinza dobiegł płacz. Rumunka znowu się przeżegnała, dziecko zaczęło grozić kierowcom zaciśniętą piąstką, a jego opiekunka wyciągnęła środkowy palec, tak by gest został zauważony. Ruszyli ostro w stronę Placu Bankowego.
Pewne rzeczy się nie zmieniają – pomyślał Heinz, gdy służbowy samochód minął bramkę wjazdową przy Pałacu Mostowskich.
Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżał, w Fabryce, jak nazywano komendę stołeczną policji, trwał remont. I tym razem odgłos wiertarek skutecznie zagłuszał rozmowy na korytarzach.
Zebranie grupy specjalnej odbywało się w niedużym pokoju konferencyjnym, w którym, chociaż dzień był słoneczny, panował przygnębiający półmrok. Za oknami widać było zardzewiałe rusztowanie. Resztkę światła przesłoniły nogi, które nagle wypełniły okienne obramowanie. Rozległ się jazgot wiertła i wszystko przesłoniła mgła tynku.
– Oszaleć można – powiedział ponuro czterdziestolatek o pociągłej twarzy. Wydawało się, że mówi, nie otwierając ust układających się w cienką kreskę. Druga, równoległa linia biegła przez czoło, jakby ktoś naciął ją skalpelem.
Podinspektor Osuch w istocie miał powody, by być w podłym nastroju. Sprawa podwójnego morderstwa ugrzęzła w miejscu. Zabójstwo kleryków nie zdarza się codziennie, nic więc dziwnego, że sprawa wzbudziła zainteresowanie w samym ministerstwie. Jeszcze bardziej zaniepokoiła go wczorajsza rozmowa telefoniczna, która zupełnie popsuła mu dobry weekendowy humor. Przesłanie było jasne: grupę specjalną miał wspomóc ktoś z zewnątrz. Profiler z Katowic. Rudolf Heinz. Nadkomisarz słyszał o nim wcześniej, a to, co wiedział na jego temat, nie wróżyło nic dobrego. Jak wynikało z opowieści, gwiazda profilowania nieznanych sprawców lubi pracować samotnie, tymczasem Osuch lubił mieć u siebie porządek i dyscyplinę. Samotni myśliwi stają się wzorem dla innych, którzy chcą ich naśladować. A wtedy, podpowiadało Osuchowi doświadczenie, wszystko zaczyna się sypać.
Jednak to nie swoboda działania profilera była największym zmartwieniem nadkomisarza. Osuch po prostu nie lubił na swoim terenie obcych. „Policjant naprawdę jest psem – zwykł powtarzać podwładnym. – A wiecie dlaczego? Bo zna swoje terytorium i potrafi zagryźć, gdy ktoś na nie wkracza”. Przez telefon bezskutecznie próbował przekonywać, że jego ludzie dadzą sobie radę sami. – Heinz jest potrzebny jak wrzód na dupie – myślał.
Heinz czuł, że jest tu intruzem, że każda z sześciu osób obecnych w pokoju rejestruje jego najdrobniejszy ruch.
– Komisarz Heinz ma nam pomóc – Osuch przełknął ślinę – w rozwiązaniu sprawy. Ma niejakie – to słowo wypowiedział z naciskiem – doświadczenie w takich sprawach. Jak wam mówiłem, jest profilerem…
– Czyli wróży z fusów – mruknął policjant o rudych włosach, siedzący naprzeciw Heinza. Sąsiad rudego uśmiechnął się, odsłaniając pożółkłe od nikotyny zęby, i też coś szepnął, ale jego słowa zagłuszył jazgot wiertarki.
– Najlepiej będzie – ciągnął Osuch – jak jeszcze raz zbierzemy wszystko do kupy i przyjrzymy się temu pasztetowi. Rudi – skinął na rudego – zreferuj, co wiemy.
Heinz drgnął, słysząc dźwięk swojego imienia. Rudy Rudi. Wymyślna ksywa, jakże oryginalnie. Rzucił okiem na leżące na stole papierosy. Wyglądało na to, że nikt z obecnych nie pali ukraińskich bez akcyzy. Na szczęście. Wyjął paczkę chesterfieldów.
– Pasztet – zaczął Rudi – składa się z dwóch mężczyzn, najpewniej uduszonych. Najpewniej, bo okoliczności, w jakich znaleźliśmy ciała, mogą wskazywać, że ktoś próbuje podsunąć nam fałszywy trop. Ciała zostały zauważone około czwartej rano dwunastego kwietnia w krzakach przy Centrum Olimpijskim, Wybrzeże Gdyńskie 4, przez zbieracza butelek…
– Gość o mało nie wyrzygał własnego serca i wątroby – powiedział ten z pożółkłymi zębami. – Jeszcze wiele godzin później trząsł się jak osika.
– I nic dziwnego – ciągnął Rudi. – Ofiary miały na głowach torby foliowe. Jest prawdopodobne, że właśnie tymi zaciśniętymi na głowach torbami zostały uduszone, chyba że to jakieś przedstawienie zagrane dla nas. Tak czy inaczej możemy mieć niemal pewność, że mężczyźni nie żyli, kiedy zostali przywiezieni w okolice pałacu…
– Pałacu?
– Tak nazywają Centrum Olimpijskie – wyjaśniła kobieta. – Pewnie nigdy nie był pan w środku. Jest tam – zawiesiła głos, szukając właściwego słowa – całkiem bogato.
Heinz przyjrzał się jej. Miała krótkie czarne włosy, czarny sweter i paznokcie pomalowane na fioletowo. Zupełnie jakby się wybierała na festiwal rocka gotyckiego na zamek w Bolkowie.
– Zatem ktoś ich zabił, a następnie przywiózł – ciągnął Rudi. – Nikt oczywiście niczego nie widział, niczego nie słyszał, nie mamy też żadnych ciekawych śladów, przynajmniej na razie. A co do toreb… – wyjął papierosa. – Standardowe foliowe białe reklamówki, bez żadnych nadruków. Takie, jakie są w tysiącach sklepów.
Czyli żaden trop.
Wyjął z aktówki zdjęcia i podał Heinzowi.
– Tu pasztet przemienia się w teatrzyk.
Dwaj policjanci, siedzący dotychczas w milczeniu, zachichotali cicho jak na komendę.
– Sprawca namalował na wysokości ust trójkąty. Różowe trójkąty – dodał Rudi. – Zrobił je szminką. Zanim powiem o tym więcej, kilka słów o ofiarach. Karol Rakowiecki i Grzegorz Leski, pierwszy z Warszawy, drugi spod Warszawy. Obaj byli seminarzystami w diecezjalnym seminarium duchownym na Żoliborzu.
– W jaki sposób ustaliliście ich tożsamość? – spytał Heinz.
– Żaden nie miał przy sobie dokumentów. Na rękawie kurtki jeden z nich miał niewielką kieszonkę, tam znaleźliśmy zwiniętą kartkę z numerem telefonu komórkowego. Zadzwoniliśmy i proszę, dodzwoniliśmy się do księdza Jana Rutgera, profesora biblisty. I tak po nitce do… Koniec końców profesor Rutger zidentyfikował ciała. A potem osunął się na podłogę. Możecie mi wierzyć, wyglądało to bardzo efektownie. Zresztą teraz myślę, że to swoją drogą jakiś dziwny ksiądz… – Rudi podrapał się w głowę.
– Dlaczego? – zapytał Osuch.
– Przyszedł, by tak rzec, ubrany po cywilnemu. Jak nie ksiądz. Zresztą ci dwaj też nie wyglądali na kleryków. Może taka teraz u nich moda, diabli wiedzą. Tak czy inaczej wiemy, kim oni są…
– Szukajcie, a znajdziecie – dodał policjant o pożółkłych zębach.
– Ruszyliśmy trzema torami. – Rudi zapalił kolejnego papierosa. – Oni – skinięciem głowy wskazał na dwóch policjantów – przepytują rodziny, kleryków i profesorów z seminarium…
– Na razie bez efektów – wtrącił policjant wskazany przez Rudiego. – Chłopcy jak baranki, żadnych wrogów, żadnych z nimi kłopotów. W seminarium nikt nic o niczym nie wie. Tak się tam wystraszyli, że nawet oddychać się boją, a co dopiero mówić. Ale pytamy.
– Po drugie – kontynuował Rudi – rozpuściliśmy do gazet wiadomość, że zabójstwo jest wynikiem porachunków gangsterskich. Wprawdzie to klerycy, nie mafia, ale nigdy nic nie wiadomo. Gdyby strzał był celny, coś byśmy już słyszeli od naszych ludzi z miasta, byłoby jakieś poruszenie. A tu nic.
Zapadła cisza. Z oddali słychać było głuche uderzenia młotka.
– Jest jeszcze jedna droga. Ta, która wiąże się z torbami foliowymi i różowymi trójkątami. W ten sposób, właśnie różowymi trójkątami, faszyści znaczyli homoseksualistów. Tereny przy Centrum Olimpijskim należą do znanego w Warszawie miejsca schadzek tych – uśmiechnął się – co to lubią inaczej. A nasi chłopcy lubili ten sport…
– Saneczkarstwo dwójkowe mężczyzn na torach naturalnych – znów ukazały się żółte zęby.
– Dokładnie – Rudi przejął inicjatywę. – W przypadku jednego z nich można mówić o regularnej penetracji… Jezu, jak to brzmi – pokręcił głową. – Co do drugiego, pewności nie ma. Tak czy inaczej brakuje śladów stosunku odbytego na krótko przed śmiercią. Ten wątek – Rudi najwyraźniej zmierzał do końca – wydaje się na razie najbardziej obiecujący, sprawdzamy środowiska ostrych nacjonalistów i skinheadów, którzy mogliby mieć jakiś związek ze sprawą. Nasza koleżanka – popatrzył na policjantkę – przepytuje w klubach gejowskich. To z grubsza tyle. Prawie wszystko.
– Podobno świetnie się dogaduję z bywalcami, szefie. – Miłośniczka gotyku spojrzała na Osucha.
– I co o tym sądzi nasz mistrz? – zapytał Osuch.
Heinz milczał. Nad głowami zebranych unosił się papierosowy dym.
– Wciąż nie wiem – powiedział Heinz – dlaczego tu jestem? Podwójne morderstwo, torby foliowe na głowie, różowe trójkąty namalowane szminką… To jeszcze nie tłumaczy mojej obecności.
– Powiedzieć mu? – Policjant o pożółkłych zębach spojrzał na Osucha.
Heinz wstał gwałtownie. Jeden z plastikowych kubków przewrócił się, a kawa ściekła na spodnie siedzącego obok policjanta, który poderwał się z miejsca.
– Dosyć, kurwa! – wychrypiał Heinz. – Nikt w tej robocie nie lubi, jak obcy wkracza na jego teren. – Ale od teraz – popatrzył na wszystkich – koniec zabawy. Mam koordynować tę sprawę. Jeden mój telefon do CBŚ i będzie wam się palić koło dupy. A więc czego jeszcze nie wiem? Co zostawiliście na deser, żeby mnie sprawdzić?
– Spokojnie, Heinz! – Osuch nawet nie drgnął. – Nikt nie chce cię sprawdzać.
Akurat. Gówno prawda.
– Różowe trójkąty sprawca namalował na foliach w miejscu ust. Ale to nie wszystko. Z tyłu głowy tą samą szminką napisał cyfry.
– Jakie cyfry? – Heinz przymknął oczy.
– Jeden z kleryków miał dwadzieścia jeden, drugi – trzydzieści siedem. Rozumiesz, co to znaczy?
Heinz nie wiedział.
– To nie są numery totolotka. Ani rozmiary butów tych dwóch pedałków. Widać, że nie płakałeś z narodem, gdy…
Heinz wciąż nie kojarzył.
– Gdy umierał Ojciec Święty. To godzina śmierci papieża. Naszego – dodał z naciskiem – papieża. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Każdy głupi wie. I każdy głupi zrozumie, że nie ma żartów. Dlatego to morderstwo wywołało panikę w ministerstwie, rozumiesz? Dlatego powołano specjalną ekipę. O wszystkich szczegółach wie tylko kilka osób.
– Tak, teraz rozumiem – powiedział Heinz.
Wreszcie stało się jasne, dlaczego ktoś chciał, by to on zajął się tą sprawą.
8
Była ósma wieczorem, gdy Rudolf Heinz zszedł do baru w hotelu policyjnym przy ulicy Sierakowskiego. Człowiek, z którym był umówiony, spóźniał się. Komisarz zamówił piwo. W radiu nadawano więcej agresywnych reklam i konkursów niż piosenek, ale tego wieczoru Heinzowi było wszystko jedno. Dwa metry od niego, przy sąsiednim stoliku, rozmawiali dwaj mężczyźni, co jakiś czas sięgając po kieliszki ustawione równo niczym kompania reprezentacyjna przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Zamówił piwo. Wypijał teraz trzy-cztery piwa, już nie tak jak dawniej. Przypomniał sobie czasy alkoholowego Sturm und Drang, gdy często przyjeżdżał do Warszawy jako konsultant. Specjalnie wysiadał na Dworcu Wschodnim i szedł do „Złotej Rybki” – dworcowego baru, opanowanego przez konduktorów i kanarów podliczających przy aromatycznej wątróbce ze złocistą cebulką apanaże zarobione na pasażerach na gapę. Heinz dostawał zawsze ogromną filiżankę z napisem „Cappucino”, w której pieniło się ciepłe piwo z warstwą gęstej piany. Wypijał dwie-trzy filiżanki, czuł, że dzień zaczął się dobrze, i dopiero wtedy jechał do Pałacu Mostowskich. Gdy czekał na pociąg powrotny do Katowic, rytuał się powtarzał. Bardzo często sama podróż była czarną dziurą. Nic nieznaczącym epizodem między przyjazdem a odjazdem.
Przypomniał sobie poranną podróż pociągiem i książkę, o której wtedy pomyślał. Alienista Caleba Carra. Ku zdziwieniu kolegów Heinz lubił czytać kryminały, zwłaszcza te, w których pojawiali się seryjni mordercy. Uważał, że analiza fikcyjnego modus operandi jest dobrym ćwiczeniem wyobraźni. Jednak powieść Carra zaciekawiła go z innego powodu. Alienistami nazywano dawniej policyjnych psychologów, którzy zajmowali się rozmaitymi dewiantami i degeneratami. Tymi, którzy nie mieścili się w normach wyznaczanych przez społeczeństwo. Bardzo często alienista stawał się takim samym odszczepieńcem jak ten, którego ścigał. Heinz wielokrotnie myślał, że jest właśnie kimś takim. Alienistą.
Zmieniam się, gdy poczuję krew. Najpierw krew ofiary. A potem krew sprawcy. Gdy wystawiam skurwysyna do odstrzału.
Mężczyźni przy stoliku obok mówili coraz głośniej. W końcu tu, w barze hotelu policyjnego, byli sami swoi. Heinz spojrzał w ich stronę. Obaj byli w podobnym wieku, mieli koło czterdziestki i nosili identyczne czarne t-shirty, jakby kupili je u „bambusów”, jak pogardliwie nazywano Azjatów handlujących nieopodal, na największym bazarze Europy. Mężczyzna siedzący bliżej Heinza miał gęste czarne włosy, drugi był blondynem o przerzedzonych włosach sklejonych brylantyną. Skojarzył się Heinzowi z morskim ptakiem, który przeżył katastrofę ekologiczną, a teraz rozpaczliwie macha skrzydłami zlepionymi smarem i olejem.
– Kiedyś było zupełnie inaczej. – Brunet postawił na stoliku dwa wypełnione kieliszki. – Wiesz co, Limahl? Powiem ci coś. – Czknął. – Najlepiej pracowało mi się z chłopakami z Białorusi. Nawet jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Rozumieli, o co w naszej robocie chodzi. Pamiętam, jak dostaliśmy cynk, że mają gościa, którego my podejrzewaliśmy o dwa wyroki wykonane na naszym terenie.
– Ale nic na niego nie mieliście – wtrącił blondyn.
Brunet kiwnął głową.
– Oni też nie mieli. No to zrobiliśmy tak. Zapakowali gościa do prywatnego samochodu. Do popiełuszki. Do bagażnika, no wiesz…
Limahl czknął, dając do zrozumienia, że wie, jak w policyjnym slangu nazywany jest samochodowy bagażnik.
– Więc ja – mówił brunet – też prywatnym podjechałem na granicę. Wyciągają faceta i mówią: „Przechodź przez granicę”, a kutas nie chce. To pociągnęli mu pod nogi z kałacha. Gość skacze na naszą stronę, a tu my już jesteśmy przy nim i czule go witamy. On pyta, za co jest zatrzymany. A ja mu mówię: „A za nielegalne przekroczenie granicy”.
Obaj zaśmiali się i wypili.
– Teraz ja ci coś powiem, Cygan – odezwał się blondyn nazywany jak gwiazda muzyki pop z lat osiemdziesiątych. – Opowiadałem ci kiedyś o facecie, który miał ksywę Hokus-Pokus…
– Nie pamiętam. – Cygan pokręcił głową.
– Naprawdę nazywał się Józek Kaleta. Hokus-Pokus wzięło się stąd, że niepostrzeżenie rozpruwał człowieka na pół, a klient, zanim umarł, zdążył jeszcze wysłuchać od Józka, co to ma właśnie poprzecinane, jakie organy krwawią najbardziej, i tak dalej. Taki krótki kurs anatomii. Rozumiesz? Wykonywał od niechcenia ruch, a ty patrzyłeś, jak flaki wychodzą ci na wierzch.
– Fachowiec – z uznaniem stwierdził Cygan.
– Żebyś wiedział. Hokus-Pokus swoich zdolności nie nadużywał, likwidował konkurencję, poza tym chętnie dzielił się wiedzą, więc był dla nas przydatny. Ale w końcu i na niego przyszedł czas.
Limahl w milczeniu napełnił kieliszki.
– Poćwiartowali Józka i spalili w piecyku koksowym. Głowa też się spaliła. Chłopaki z komendy nie wierzyli, bo głowa w piecyku koksowym podobno się nie spali. A tu taka niespodzianka… Nawet po śmierci zrobił hokus-pokus.
– No to wypijmy za Józka. – Cygan podniósł kieliszek.
– I za chłopaków z miasta – dodał Limahl. – Za kilka miesięcy idę na emeryturę. I wtedy zaproszę tylko miasto, bo jeszcze tylko oni na to zasługują. Tylko z nimi się jeszcze dogadasz.
– Wszystko się kiedyś kończy – powiedział Cygan i wytarł usta wierzchem dłoni. – No, to jeszcze po jednym.
Mają rację. Wszystko się kończy. Policja też się zmieniła. Gdy zaczynał pracę, uczył się od starych doświadczonych milicjantów. Raptem w ciągu dwóch-trzech lat wszyscy ci ludzie zniknęli, jakby zmiotło ich tsunami. Byli wypłukiwani falami. Do policji wskoczyły młode wilki, wprowadzając nowe zwyczaje. Teraz Heinz sam był wśród oficerów niczym dinozaur z Jurassic Park. Był weteranem, który przekroczył policyjną smugę cienia.
Po raz kolejny przekonał się o tym dziś, kilka godzin temu, na przedpołudniowym zebraniu w komendzie stołecznej.
Zostali we trzech. Osuch skinął na policjanta o pożółkłych zębach, by nie wychodził.
– To jest komisarz Paweł Chlaściak – przedstawił go z nazwiska. – Jeden z moich najlepszych ludzi. I nie chcę – spojrzał zmrużonymi oczami na Heinza – by w tym zespole dochodziło do awantur. Rozumiemy się?
Heinz rozłożył ręce w pojednawczym geście.
– Też tego nie chcę. Dlatego proponuję, żebyśmy zrobili tak: zespół pracuje swoim rytmem, ja przyjrzę się sprawie z boku, będę jak taki wolny elektron. Poprosiłbym tylko o wsparcie ze strony kogoś, kto pomoże mi się zorientować w sytuacji.
– Jeszcze coś? – warknął Osuch.
– Służbowy samochód. Skoro jestem koordynatorem…
– Zgoda. Bylebyś się nie wtrącał w pracę zespołu. Aha, Heinz – inspektor zawiesił głos – jeszcze jedno…
– Tak?
– Ta sprawa musi zostać zamknięta, rozumiesz? Nawet jeśli nie będzie sprawcy.
– Prawda to jedno, a statystyki to drugie – szybko dopowiedział Chlaściak.
– Jest dokładnie tak, jak on mówi. – Osuch wytarł spocone czoło. – Musi być porządek w papierach. CBŚ też będzie nalegać. I żadnego niepotrzebnego rozgłosu. Jak chcesz być gwiazdą, to idź do telewizji. Do Kryminalnych albo do W-11.
– To wszystko? – zapytał Heinz.
– Chciałem cię o coś spytać… – Chlaściak uśmiechnął się. – Przez całe zebranie zastanawiałem się, czy ty w tej marynarce… Czy ty się nigdy nie pocisz?
Heinz nie odpowiedział od razu. Podszedł do Chlaściaka. Nie patrzył mu w oczy. Patrzył na jego pożółkłe zęby wyszczerzone w uśmiechu.
– Nigdy. A czy ty – dodał po chwili – nigdy nie myjesz zębów?
***
Spojrzał na zegarek. Ósma trzydzieści. Byli umówieni czterdzieści minut temu. Do baru przyszli kolejni goście. Postanowił zapłacić za piwa, odwrócił się w stronę kontuaru i wtedy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.
Stał przed nim mężczyzna wyższy o głowę, o pociągłej twarzy, z włosami postawionymi do góry. Nawet przy kiepskim oświetleniu widać było bliznę, która ciągnęła się od nasady nosa do prawego kącika ust.
– Komisarz Heinz? – usłyszał głos o niespodziewanie wysokim brzmieniu.
– Heinz. Jak marka ketchupu. Przez samo „h”.
– Nazywam się Piotr Karewicz. Wciąż podkomisarz. W firmie mówią do mnie Karloff. Chyba się domyślasz, dlaczego.
Faktycznie.
Karloff uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy wydłużyła się dwukrotnie. Teraz skojarzenie z nazwiskiem sławnego aktora grającego w horrorach wydało się Heinzowi wręcz banalne.
Usłyszeli brzęk tłuczonego szkła. Spojrzeli w kierunku najbliższego stolika. Cygan spał na krześle odchylony do tyłu. Głowa Limahla opadła na blat stołu. Z przewróconego kieliszka sączyła się strużka wódki. Szkło dwóch innych kieliszków zrzuconych na podłogę chrupało pod butem Limahla. Miażdżył je, jakby gasił niedopałek papierosa.
– Może stąd wyjdziemy? – zaproponował Karloff. – W okolicy są ciekawsze miejsca. Tam spokojnie pogadamy.
Gdyby szedł sam, pewnie przeoczyłby wejście do lokalu. Ulica Ząbkowska, wyjaśnił Karloff, straciła sławę niebezpiecznego miejsca należącego do Trójkąta Bermudzkiego. Heinz pamiętał z czasów studenckich, że samotne wędrówki po Trójkącie, pod czujnym okiem zakapiorów w różnym wieku, wystających na pokiereszowanych przez czas podwórkach, były jak kuszenie złego losu. Ze zdumieniem zobaczył, że w jednym z takich podwórek wciąż wisi szyld sklepu muzycznego, w którym można było kupić t-shirty z nazwami deathmetalowych zespołów. Przypomniał sobie, że był tu przed wielu laty i że kupił wtedy kilka pirackich kaset. Przeszli koło kapliczki z Matką Boską i przecięli ulicę. Karloff otworzył drzwi i Heinz zderzył się z białym łbem bullteriera, zrobionym z plastiku.
Jedyny wolny stolik znaleźli w pobliżu małego podium, na którym produkował się chłopak, śpiewając standard Franka Sinatry.
Wróciła moda na swing – pomyślał Heinz. Neoswing i stare zdezelowane meble. I on niepasujący do takich czasów. Zobaczył, że Karloff niesie dwa piwa.
– No dobra. Jak to widzisz? – zapytał Karloff, gdy wreszcie obaj usiedli.
– Mało wiem. Muszę się zobaczyć z medykiem sądowym.
– Tak przypuszczałem. Dlatego umówiłem nas na jutro z Sierściuchem. – Karloff uśmiechnął się.
– Z kim?
– Sam zobaczysz – blizna przy ustach znów się rozciągnęła. – Więc co myślisz tak na pierwszy niuch zaprawionego kokainisty? – Teatralnie pociągnął nosem.
Heinz nie odpowiedział. Lata pracy w policji nauczyły go, że w tym fachu nie ma przyjaciół. Rzadko miewa się nawet kolegów. Każdy pies obsikuje swoje drzewko i walczy o swój teren. Pytania Karloffa wydały mu się zbyt natarczywe. Może dlatego Osuch bez szemrania dał mu człowieka do pomocy.
Karloff już się nie uśmiechał.
– Nie ufasz mi, tak? Myślisz, że jestem ucholem Osucha? Że będę składał mu raporty zawierające twoje błyskotliwe teoryjki, a jeśli przypadkiem tak się zdarzy, że któraś okaże się prawdziwa, to sukces przypiszemy sobie.
Rozległy się oklaski i piski dziewczyn. Najwyraźniej chłopak miał tu grono wiernych fanek.
Heinz spojrzał na Karloffa, który zaciskał w dłoni szklankę, jakby zamierzał nią zaraz rzucić.
– Wszyscy jesteśmy podejrzliwi – mruknął. – Czytałem niedawno o takim plemieniu. Dobu czy jakoś tak podobnie… Otóż ci Dobu cenią sobie podejrzliwość, śmiech uważają za coś wielce niestosownego, a w centrum wioski umieścili cmentarz…
– Fajni kolesie. Zrobiliby furorę na You Tube’ie…
– My też jesteśmy jak Dobu z tą obsesją podejrzliwości, tajemnicy. Ty, ja, ona… – skinął głową w kierunku narożnego stolika.
Karloff spojrzał na parę wskazaną przez Heinza.
– Gdy ten jej facet nie widzi, ona wciąż spogląda na zegarek – ciągnął Heinz. – I reaguje nerwowo, kiedy otwierają się drzwi… – Przechylił się przez stół. – Skąd mam wiedzieć, czy gdy stukasz się piwem, drugą ręką nie naciskasz w kieszeni dyktafonu? To teraz nasz taki sport narodowy.
Twarz Karloffa przypominała oblicze potwora.
– Skoro mamy pracować razem – mówił dalej Heinz – muszę wiedzieć, że jesteś okej. Spóźniłeś się.


[...] Przeczytaj fragment powieści Dodaj artykuł do:Digg.com TechnoratiFacebookdel.icio.usGoogleElefantaWykopGwar [...]
Mariusz Czubaj, „21:37” (recenzja) | Salon Kulturalny — 06/12/2008 @ 08:34