Dziecioodporna

ArturC | Bez kategorii | 14 sty 2011

O książce w Stereo.pl:

Emily Giffin

Dziecioodporna

Przeczytaj fragment:


Irytowało nas ślepe założenie, że dzieci stanowią dar od losu, i jednocześnie ceniliśmy sobie przynależność do antydziecięcego frontu. Nasz związek opierał się na wolności, swobodzie wyborów i poszukiwaniach. Byliśmy razem dlatego, że chcieliśmy być razem. Nie dlatego że potrzebowaliśmy partnera do wychowywania dziecka ani dlatego że połączyły nas dzieci i osiemnaście lat obowiązków.
Mimo to jakieś dwa lata po ślubie coś się zmieniło.
Z początku zmiana była subtelna, podobnie jak wszystkie zmiany w związkach, więc trudno dokładnie określić, co stanowiło jej źródło. Jednak spoglądając wstecz, myślę, że wszystko zaczęło się podczas wyprawy na narty z Annie i Rayem, parą, która umówiła nas na pierwszą randkę. Znałam Annie od szalonych czasów college’u, zatem od razu zauważyłam, że uparcie sączy wodę Perrier. Z początku twierdziła, że bierze antybiotyki na infekcję zatok, lecz w przeszłości żadna kuracja antybiotykowa nie powstrzymywała jej od picia alkoholu, więc w końcu wyciągnęłam z niej prawdę. Była w ósmym tygodniu ciąży.
– Planowaliście to? – palnęłam, sądząc oczywiście, że był to wypadek. Annie uwielbiała pracę reżyserki filmów dokumentalnych, a oprócz tego pochłaniał ją milion innych spraw. Nigdy nie mówiła, że interesuje ją rodzenie dzieci, i nie wyobrażałam sobie, żeby mogła znaleźć czas na macierzyństwo.
Annie i Ray klasnęli w dłonie i jednocześnie pokiwali głowami.
– Myślałam, że nie chcecie mieć dzieci – powiedziałam.
– Nie chcieliśmy ich tak o d r a z u – powiedziała Annie. – Ale teraz czujemy się gotowi. Chociaż z drugiej strony chyba nigdy nie jest się na to do końca gotowym! – Wybuchnęła piskliwym śmiechem uczennicy, a jej policzki oblały się rumieńcem.
– Że co? – spytałam.
Ben kopnął mnie pod stołem i powiedział:
– W takim razie gratulujemy, kochani! To cudowna wiadomość. – Następnie posłał mi surowe spojrzenie i powiedział: – Prawda, że to wspaniała wiadomość, Claudio?
– Tak. Rzeczywiście wspaniała – powiedziałam, lecz nie opuszczało mnie wrażenie, że zostałam zdradzona. Właśnie traciliśmy naszych ulubionych towarzyszy podróży, jedynych bliskich przyjaciół, którzy nie byli skrępowani dziećmi i różnymi ograniczeniami wynikającymi z ich posiadania.
Później, kiedy byliśmy już sami w pokoju, Ben zbeształ mnie za tak jawne okazywanie braku wsparcia.
– Mogłaś przynajmniej u d awa ć, że cieszysz się ich szczęściem – powiedział – zamiast maglować Annie i Raya z metod kontroli narodzin.
– Po prostu byłam w szoku – powiedziałam. – Podejrzewałeś coś?
Ben potrząsnął głową i z przelotnym wyrazem zazdrości na twarzy powiedział:
– Nie. Ale uważam, że to wspaniałe.
– Chyba nie powiesz, że teraz ty też chcesz mieć dzieci? – zapytałam, raczej w formie żartu.
Odpowiedział pospiesznie, lecz jego słowa wydały mi się pozbawione przekonania i nieszczere:
– Oczywiście, że nie. Nie bądź śmieszna.
W ciągu kolejnych kilku miesięcy sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca. Ben zdecydowanie za bardzo interesował się przebiegiem ciąży Annie. Podziwiał zdjęcia z USG i nawet przyczepił jedno z nich do naszej lodówki. Powiedziałam mu, że nie jesteśmy typem rodziny, która przyczepia różne rzeczy do lodówki.
– Jezu, Claudio. Wyluzuj – powiedział Ben i wydawał się poruszony, gdy odklejał niewyraźny czarno-biały obrazek, aby wrzucić go do szuflady. – Naprawdę powinnaś bardziej cieszyć się tym, co ich spotkało. To nasi najlepsi przyjaciele, na Boga.
Niedługo po tym, tuż przed narodzinami dziecka Annie i Raya, w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na weekendowy wypad do kurortu, w którym wzięliśmy ślub. Był początek stycznia, kiedy nagłe zniknięcie świątecznych ozdób i turystów sprawia, że Manhattan wygląda goło i szaro, a Ben oznajmił, że nie może się już doczekać początku marca i naszej wstępnie zaplanowanej wycieczki do Belize. Pamiętam, jak wrzucając do walizki kilka par szortów i nowe czerwone bikini, zauważyłam, że spontaniczność i możliwość zaplanowania wakacji w jednej chwili stanowią bardzo przyjemny element naszego związku.
Ben powiedział:
– Tak. Nasze wspólne życie ma kilka cudownych stron.
Zdumiała mnie pobrzmiewająca w tym stwierdzeniu melancholia – nieco złowieszcza – lecz nie drążyłam tematu. Nie próbowałam nakłonić Bena do rozmowy nawet podczas lotu na Karaiby, kiedy przejawiał nietypową dla siebie małomówność.
Tak naprawdę zaczęłam się martwić dopiero wieczorem, kiedy urządzaliśmy się w pokoju, wypakowując ubrania i kosmetyki. Przerwałam na chwilę, aby spojrzeć na widniejący za oknem ocean, a kiedy ponownie odwróciłam się w stronę walizki, w lustrze dostrzegłam odbicie Bena. Na jego twarzy malował się wyraz skruchy. Wpadłam w panikę, przypominając sobie to, co moja siostra Maura mówiła kiedyś o mężczyznach, którzy zdradzają żony. Była ekspertką w tej dziedzinie, ponieważ z tego, co wiedziała, jej mąż Scott zdradził ją co najmniej z dwiema kobietami.
– Uważaj, jeśli staną się naprawdę wredni lub naprawdę mili. Na przykład kiedy bez żadnego powodu zaczną przysyłać ci kwiaty albo biżuterię – powiedziała. – Albo gdy zabiorą cię na romantyczną wyprawę. To poczucie winy. W ten sposób próbują ci coś wynagrodzić. – Usiłowałam się uspokoić, powtarzając sobie, że zachowuję się jak paranoiczka. Ben i ja zawsze lubiliśmy spontaniczne wycieczki. Ni gdy nie potrzebowaliśmy konkretnego powodu.
Mimo to nadal pragnęłam pozbyć się uporczywych myśli o Benie obściskującym się z jakąś spoconą artystką, więc usiadłam na łóżku, zrzuciłam japonki i powiedziałam:
– Ben, porozmawiaj ze mną. Co cię gryzie?
Głośno przełknął ślinę i usiadł obok mnie. Łóżko lekko podskoczyło pod jego ciężarem i ten ruch sprawił, że zaczęłam się denerwować jeszcze bardziej.
– Nie wiem, jak to powiedzieć – zaczął łamiącym się głosem.
– No więc po prostu to z siebie wyduszę.
Pokiwałam głową, czując, jak ogarniają mnie mdłości.
– Mów.
– Chyba jednak chcę mieć dzieci.
Poczułam przypływ ulgi i nawet głośno się roześmiałam.
– Przestraszyłeś mnie. – Ponownie parsknęłam śmiechem, tym razem głośniej, po czym otworzyłam jamajskie piwo wyjęte z minibarku.
– Mówię poważnie, Claudio.
– Skąd taki pomysł? Chodzi o Annie i Raya?
– Możliwe. Nie wiem. Ja… Ja po prostu to c z u j ę – powiedział Ben, przyciskając pięść do serca.
Przynajmniej mnie nie zdradza, pomyślałam. Nigdy nie potrafiłabym zapomnieć mu takiej zdrady. Chwi lowe pragnienie dziecka z pewnością mu minie. Kiedy jednak Ben nadal wyliczał powody, dla których dziecko może być czymś dobrym – wspominając między innymi o pokazywaniu dzieciom świata i robieniu wszystkiego lepiej niż nasi rodzice – moja ulga ustąpiła miejsca czemuś innemu. Zaczęłam mieć wrażenie, że tracę kontrolę, że coś wymyka mi się z rąk.
Próbowałam zachować spokój, wygłaszając dosyć elokwentną przemowę. Powiedziałam mu, że całe to rodzicielstwo zupełnie do nas nie pasuje. Powiedziałam, że stworzyliśmy związek oparty na nas dwojgu i na przekonaniu, że troje lub więcej to już tłok. Podkreśliłam, że w przeciwnej sytuacji nie moglibyśmy w ostatniej chwili wybrać się na wycieczkę. Bez przerwy bylibyśmy uziemieni w domu.
– Ale mielibyśmy i n n e powody do radości – powiedział Ben. – A jeśli rzeczywiście omija nas coś naprawdę wspaniałego? Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek żałował posiadania dzieci.
– Czy powiedziałby o tym, gdyby rzeczywiście żałował? – zapytałam.
– Być może nie – powiedział Ben. – Ale moim zdaniem nikt tego nie żałuje.
– Kompletnie się z tobą nie zgadzam… Po co są w takim razie szkoły z internatem? Samo ich istnienie już czegoś dowodzi, prawda? – zapytałam. Po części był to żart, lecz Ben wcale się nie śmiał.
Westchnęłam i postanowiłam zmienić temat, skupić się na przyjemnościach. Pokazać Benowi, co by nas ominęło, gdybyśmy mieli dzieci.
– Przebierzmy się i chodźmy na kolację – powiedziałam, nastawiając One Love na naszym przenośnym odtwarzaczu płyt kompaktowych i myśląc, że nikt tak skutecznie jak Bob Marley nie wprawia człowieka w daleki od spraw rodzicielstwa, nieskrępowany nastrój.
Jednak pomimo moich najszczerszych starań o dobrą zabawę pozostała część weekendu upłynęła pod znakiem rosnącego napięcia. Miałam wrażenie, że nasza radość z bycia razem jest wymuszona, a nastrój Bena przeszedł z przygaszonego w smętny. Trzeciego i zarazem ostatniego wieczoru na wyspie wzięliśmy taksówkę do Asolare, restauracji z fantastycznym widokiem na zatokę Cruz. Jedliśmy w milczeniu, komentując jedynie zachód słońca i doskonale przyrządzonego homara. Kiedy kelnerka przyniosła nam kawę i sorbet, spojrzałam na Bena i powiedziałam:
– Wiesz co? Mieliśmy umowę.
Gdy tylko te słowa padły z moich ust, poczułam, że zabrzmiały idiotycznie. Żadne małżeństwo nie jest umową, której nie można zerwać. Nawet wtedy kiedy macie wspólne dzieci, choć to z pewnością komplikuje sytuację. Tkwiąca w tym wszystkim ironia wydała mi się przytłaczająco smutna.
Ben pociągnął się za ucho i powiedział:
– Chcę być ojcem.
– Jasne. Jasne – powiedziałam. – Ale czy pragniesz dziecka bardziej niż bycia moim mężem?
Wyciągnął dłoń i położył ją na mojej.
– Chcę jednego i drugiego – powiedział i ścisnął moje palce.
– No cóż, nie możesz mieć jednego i drugiego – powiedziałam, próbując stłumić nutę wściekłości pobrzmiewającą w moim głosie.
Czekałam, aż powie, że bez względu na wszystko wybrałby mnie. Że to jedyna rzecz na świecie, której jest naprawdę pewny.
– No więc? Co wybierasz? – zapytałam.
Nie zamierzałam poddawać go żadnemu testowi, lecz nagle właśnie tak to zabrzmiało. Ben długo wpatrywał się w swoje cappuccino. Następnie cofnął dłoń i powoli wrzucił do kubka trzy kostki cukru.
Kiedy w końcu na mnie spojrzał, w jego szarozielonych oczach malowały się poczucie winy i smutek, a ja wiedziałam, że właśnie otrzymałam odpowiedź.


Kup w Stereo.pl »

Francuska powieść – Frédéric Beigbeder

ArturC | Bez kategorii | 4 sty 2011

O książce w Stereo.pl:

Frédéric Beigbeder

Francuska powieść

Przeczytaj fragment:


Po matce odziedziczyłem:

- ballady Eltona Johna z lat 1969-1975, szczyt światowej muzyki pop,

- oglądanie filmów Woody\’ego Allena w dniu ich wejścia na ekrany,

- przekonanie, że najlepsze czerwone wino to wcale nie to, które jest najdroższe,

- malkontenctwo, skłonność do wiecznego narzekania,

- krótkowzroczność,

- romantyzm,

- cienkie przeguby,

- dobre wychowanie,

- skłonność do rumieńców,

- snobizm,

- dobry smak w ubiorze,

- upodobanie do samotności,

- brak lęku przed zerwaniem,

- rosyjskich pisarzy,

- jedzenie foie gras widelcem,

- to, że nie wstydzę się płakać publicznie i nie powstrzymuję łez przed telewizorem,

- kompleks niższości,

- udziec jagnięcy pieczony z czosnkiem,

- pocałunki w szyję,

- wyostrzony zmysł krytyczny,

- uprzejmość wobec bliźniego, okrucieństwo wobec siebie samego,

- słabość do plotek,

- Deszczową piosenkę Gene\’a Kelly\’ego i Stanleya Donena,

- późne wstawanie ze śniadaniem do łóżka, zapach grzanek o poranku,

- przekonanie, że miłość musi być namiętna, bezwarunkowa, zazdrosna, stapiająca dwoje w jedno, nawet jeśli miałaby krótko trwać,

- że miłość jest w życiu na pierwszym miejscu,

- że nie należy mówić \”tego południa\’,

- upodobanie do czytania.


Po ojcu mam:

- fantazję,

- manię wielkości,

- duży nos,

- skłonność do bólu gardła,

- wystający podbródek,

- oczy w kolorze deszczu,

- głośne dwukrotne kichnięcie, które stawia na nogi cały dom,

- upodobanie do fondue serowego i mięsnego,

- przenikliwość,

- Brooks Brothers,

- sarkazm,

- obsesję na punkcie seksu,

- to, że mówię \”pantofle\” zamiast \”buty\”, \”sweter\’ zamiast \”pulower\’ i \’historia obrazkowa\” zamiast \”komiks\”,

- wyczucie zabawy,

- upodobanie do ognia w kominku,

- słabość do młodych kobiet,

- i do pięknych samochodów,

- braci Marx,

- Nieszpory Najświętszej Marii Panny Monteverdiego,

- kompletną pogardę dla cudzych opinii,

- muzykę z filmu Amerykańskie graffiti,

- kompleks wyższości,

- wyspy tropikalne,

- zakupy w duty-free,

- to, że mogę pożreć całą suszoną kiełbaskę na aperitif w mniej niż pięć minut,

- że zawsze jestem cool, ale od czasu do czasu mogę się wściec z powodu jakiegoś głupstwa,

- chrapanie,

- solipsyzm Plotyna,

- przekonanie, że bezceremonialność jest zaletą,

- potrzebę pisania.


Kup w Stereo.pl »

Wyspa kobiet – Teresa Ewa Opoka

O książce w Stereo.pl:

Wyspa kobiet – Teresa Ewa Opoka

Przeczytaj fragment:


JOANNA

Jak każdego poranka wyszła na taras, żeby wypić kawę. Miała na sobie tylko nocną koszulę z bawełny, ale nikt jej tu nie widział. Za tarasem rozciągał się ogród, który przechodził w łagodnie opadającą łąkę, otoczoną z trzech stron lasem. Las uparcie dążył do rozszerzenia swojego terytorium. Co roku wysyłał na łąkę jak nie brzózkę, to sosenkę i myślał, że a nuż tym razem się powiedzie. Ale Joanna nie mogła na to pozwolić, bo za dwa, trzy lata las wchodziłby jej oknami i drzwiami do domu, a ona nie chciała, by cokolwiek przysłaniało jej nieskończoność.
Na stoku już się pasło stadko kóz, które wyprowadziła o świcie. Kozy należały do niej, a na pewno Mela – pierwsze zwierzę, które kupiła. Bo później wszystko się pomieszało. Dzieci Meli przyszły na świat w oborze Marianowej, która też hodowała kozy. Późną jesienią aż do wiosny Joanna oddawała stadko do zagrody Żulińskich w Leszczynach – wiosce położonej za lasem, ponieważ często zimą wyjeżdżała. Tak samo kury, kaczki. Marianowa za chodzenie wokół zwierząt miała mleko, jajka dla całej rodziny, a co zbywało, mogła sprzedać.
Śmieli się z Joanny we wsi, gdy po zagospodarowaniu się powiedziała, że chciałaby kozy hodować.
– Pani! Ma pani pojęcie, co to koza? Wejdzie taka do domu, siądzie se na krześle, noga na nogę i w lusterku by się przeglądała. A zeżre wszystko, i obrus, i gazetę, i warzywa w ogródku, kwiatki. Co tylko! – tłumaczyła jej po dobroci pani Sabina, sąsiadka, do której pierwszego lata często biegła coś pożyczyć. Garnuszek cukru, widły, kosę, klucz francuski.
Joanna była jak dziecko, które dostało nową zabawkę. Na początku chciała mieć wszystko. Pięć hektarów ziemi! Ludzie! Przecież trawy starczyłoby nie tylko dla kóz, ale i owiec, krów, koni.
Pędzić na koniu leśnym duktem. Ściskać łydkami jego ciepłe boki. Pochylać głowę pod gałęziami drzew. Czyściłaby mu szczotką grzbiet i czesała ogon. Widziała na filmie. Nigdy nie siedziała w siodle, nawet bałaby się blisko podejść do konia. Ale chciałaby być osobą, która rano wkłada bryczesy, wysokie buty, chustkę na głowę, jak królowa angielska, wyprowadza ze stajni cicho rżącego araba, siodła go i gna po okolicy. Zdawała sobie sprawę, że ma za mało czasu, by przemienić się w znawczynię koni. Od lat pracowała nad sobą – tak jej się przynajmniej wydaje – ale uświadomiła sobie, że istnieją sfery zamknięte dla niej na głucho i musi się z tym pogodzić.
Na kolana wskoczyła jej kotka Czacza. Joanna odstawiła filiżankę i pogłaskała pręgowane futerko. Przysunęła sobie drugi fotel i wyciągnęła na nim nogi, a Czacza skwapliwie przywarła do koszuli, uważając, by nie dotknąć ud, bo golizna budziła w niej obrzydzenie i marzyła, że pewnego poranka jej pani wyjdzie na taras pokryta na całym ciele delikatną sierścią, ostrożnie niosąc filiżankę kawy.
Joanna położyła dłoń na rudym łbie Beli, która przycisnęła wilgotny nos do jej łydki i czekała cierpliwie na swoją porcję porannej czułości. (Czytaj dalej… »)

Codzienność w Toskanii – Frances Mayes

Karolina | Literatura piękna / powieść obca | 17 cze 2010

O książce w Stereo.pl:

Codzienność w Toskanii

Przeczytaj fragment:


Biała droga

„Zamierzam kupić dom w obcym kraju”, zapisałam na pierwszej stronie pamiętnika, który zatytułowałam W słońcu Toskanii. Niby zwykłe zdanie oznajmujące, lecz dla mnie szczególnie istotne, kamień milowy. Z takich prostych słów kiełkuje przeznaczenie, które wprowadza zmiany. Bramasole, opuszczony budynek pod murami Cortony, etruskiego miasta, stał się moim domem. Mało powiedziane. Miejscem najważniejszym pod słońcem, pępkiem świata i niekwestionowanym środkiem mojego prywatnego uniwersum.
W chwili gdy obróciłam w zamku ciężki żelazny klucz i otworzyłam włoski rozdział swojego życia, nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie w tym miejscu za lat dwadzieścia, nie miałam pojęcia, ile mnie czeka przyjemności i wrażeń, ile kłopotów i nieporozumień, ile radości i jak wielka miłość do Bramasole, miejsca, które wywarło na moje życie decydujący wpływ.
Bohater powieści Juana Rulfa zatytułowanej Pedro Paramo w czasie podróży autobusowej zawsze ma w kieszeni na piersiach zdjęcie matki. Czuję, jak matka zaczyna się pocić, myśli Pedro. W pewnym sensie ta fotografia kojarzy mi się z Bramasole, włoski dom jest spleciony z moim życiem, oddzielny, a jednak nieodłączny. Stał się moim znakiem rozpoznawczym.
Jasna fasada w kolorze brzoskwini przełamanej różem, wychodzące na południe okna ukryte za okiennicami, kipiące pelargonie, rozlany powojnik, drzewka cytrynowe i lawenda w ogrodzie… cała ta obfitość piękna to symbol życia, ale nie tego, które wiodłam wcześniej, tylko wypracowanego przeze mnie własnymi rękami. Otwieram okno pracowni, wychylam się w roziskrzone powietrze, spoglądam na ogród, każdą różę witam po imieniu. Przesuwam wzrokiem po jaśminie, który pokrył kwiatami żelazny łuk, słucham czterech melodyjnych tonów wody spadającej kaskadą do antycznego basenu, widzę upływ lat w miejscach, gdzie czas pokruszył mur i jeszcze całkiem niedawno jeżyny porastały ziemię tam, gdzie teraz róże, bez, dalie i lilie tchną poezją z tajemnych zakątków nęcących do lektury między drzewkami oliwnymi. Nad wszystkim króluje ostatni ślad po dawnym ogrodzie: pięć majestatycznych drzew wznoszących się z bukszpanowego żywopłotu. (Czytaj dalej… »)

Arabska żona – Tanya Valko

Karolina | Literatura piękna / powieść polska | 17 cze 2010

O książce w Stereo.pl:

Arabska żona

Przeczytaj fragment:


ŻYCIE NA WSI

Koniecznie chłopak

Całe szczęście ramadan się skończył, a następny dopiero za rok. Od jakiegoś czasu dziwnie się czuję. Rano budzę się zlana zimnym potem, to trzęsą mną dreszcze, to jest mi gorąco. W brzuchu przelewają się jakieś wody i bulgoczą bąbelki, więc chyba musiałam złapać amebę, powszechnego tutaj pasożyta. Nie chcąc denerwować Ahmeda, sama kupuję sobie pojemniczek i planuję po którymś fitnessie zanieść kał do analizy. Przychodnia jest tutaj na każdej niemal ulicy, tak że nie ma z tym kłopotu.
Ćwiczenia od jakiegoś czasu nie stanowiły już dla mnie problemu, więc dziwi mnie obecne osłabienie. Wydaje się, że nie ruszę ręką ani nogą. Często przed oczami mam mroczki, i to nie tylko podczas wysiłku, lecz również bez okazji. Zaczynam się mocno niepokoić.
Dzisiaj po aerobiku tak mnie mdli, że niestety wymiotuję w toalecie znajdującej się tuż przy szatni, a wszystkie dziewczyny, słysząc moje męczarnie, zaśmiewają się do rozpuku. Dziwna reakcja.
– Mabruk, mabruk! – Klepią mnie po plecach i patrzą przyjaźnie.
Nie rozumiem, czemu kiedy puszczam pawia, życzą mi szczęścia.
– Czemu mabruk? – pytam.
– No co ty, przecież jesteś mężatką i mówiłaś, że masz pięcioletnią córeczkę – dziwią się, cały czas mnie dotykając.
– Sześcioletnią – sprostowuję.
– Nie ma znaczenia, w ciąży już byłaś.
– Co macie na myśli?!
– Dziewczyno, nie bądź dzieckiem, po tobie od razu widać. Tak jest ze szczupłymi. Gruba to może nawet do siódmego miesiąca się nie przyznawać. – Śmieją się.
– No dobrze, muszę już iść. – Gwałtownie wstaję, lecz chwieję się i szybko siadam. Skąd te zawroty głowy?
– Może nie plącz się dzisiaj sama po mieście, bo jeszcze gdzieś zasłabniesz – ostrzegają mnie.
– Nie, nie, wszystko w porządku – uspokajam je. – To na pewno ameba.
– Chciałabyś. – Uśmiechają się pod nosem. – Lepiej kup test ciążowy i witaminy.
Macham lekceważąco ręką i odwracam się do nich plecami.
– Dziewczyno, przecież to dopiero drugie, co się martwisz? – próbują mnie pocieszyć.
– Ale ja mam inne plany. – Po co ja im to mówię?
– Cóż, każda kiedyś miała plany. Takie życie. – Spuszczają smutnie głowy i rozchodzą się każda w swoją stronę.
Na świeżym powietrzu czuję się znacznie lepiej, lecz serce z niepokoju łomocze mi w piersi. A jeśli to prawda? Jeśli jestem w ciąży? Będę całymi dniami sama siedziała na naszej wsi, znowu utyję jak świnia i całkiem ugrzęznę w domu. Na kolejne długie lata albo na zawsze. Nie jestem do końca przekonana, czy chcę wieść taki tryb życia i czy potrafię poświęcić całą siebie w imię miłości do Ahmeda. Jeśli urodzi się drugie dziecko, nie będę miała szans na wyrwanie się stąd, już teraz jest to prawie niemożliwe. (Czytaj dalej… »)

Rogi – Joe Hill

Karolina | Literatura piękna / powieść obca | 17 cze 2010

O książce w Stereo.pl:

Rogi

Przeczytaj fragment:


– Chciałbym, żeby lekarz na coś spojrzał – powiedział Ig i opuścił rękę, pokazując rogi.
Kobieta zmrużyła oczy i wydęła wargi ze współczuciem.
– O, niedobrze to wygląda – powiedziała i odwróciła się do komputera.Ig tego się nie spodziewał. Recepcjonistka zareagowała na widok rogów, jakby zobaczyła złamany palec czy wysypkę – ale jednak zareagowała. Wydawało się, że je widziała. Choć gdyby je naprawdę zobaczyła, nie wyobrażał sobie, żeby ograniczyła się do wydęcia ust i odwrócenia wzroku.
– Będę musiała zadać panu parę pytań. Nazwisko?
– Ignatius Perrish.
– Wiek?
– Dwadzieścia sześć lat.
– U kogo pan się leczy?
– Nie byłem u lekarza od bardzo dawna.
Podniosła głowę i przyjrzała mu się z namysłem, znowu marszcząc brwi. Sądził, że zaraz go zgani za zaniedbanie regularnych wizyt. Dziewczynka wrzasnęła jeszcze głośniej. Ig odwrócił się w chwili, gdy walnęła matkę w kolano czerwonym wozem strażackim,jedną z zabawek położonych w kącie dla dzieci w poczekalni.Matka wyszarpnęła jej samochodzik z ręki. Dziewczynka znowu upadła na plecy i zaczęła wierzgać nogami – jak przewróconykaraluch – z nową furią zanosząc się wyciem.
– Mam ochotę jej powiedzieć, żeby zamknęła twarz temu wstrętnemu bachorowi – odezwała się recepcjonistka konwersacyjnym tonem.
– Co pan na to?
– Może mi pani pożyczyć długopis? – spytał Ig. W ustach mu zaschło. Wziął formularz.
– Nie mam czym tego wypełnić.
Recepcjonistka zgarbiła się, a jej uśmiech zgasł.
– Jasne – powiedziała i pchnęła długopis w jego stronę.
Odwrócił się do niej plecami i spojrzał na formularze przypięte klipsem do tekturki, ale nie mógł wyostrzyć spojrzenia. Recepcjonistka zobaczyła jego rogi, lecz nie uznała ich za coś niezwykłego. A potem powiedziała o płaczącej dziewczynce i bezradnej matce: „Mam ochotę jej powiedzieć, żeby zamknęła twarz temu wstrętnemu bachorowi”. I spytała, co o tym sądzi. Tak jak Glenna, która zastanawiała się, czy może pochylić się nad pudełkiem i wyżerać pączki jak świnia z koryta. (Czytaj dalej… »)

Świat wampirów. Od Draculi do Edwarda – Manuela Dunn-Mascetti

O książce w Stereo.pl:

Świat wampirów. Od Draculi do Edwarda

Przeczytaj fragment:


Rozdział III. OBYCZAJE WAMPIRÓW

Ku nieśmiertelności

Według tradycji wampir wiedzie spokojne życie, bez komplikacji, z dala od innych. Kiedy proces jego przemiany już jest zakończony i przeżył ileś tam lat bez wielkiego zbytku, udoskonalając swoją technikę, zwykle obejmuje w posiadanie jakiś zamek czy samotny budynek na odludziu, gdzie może spokojnie ukryć swoje trumny i w którym jego ofiary nie zwracają niczyjej uwagi. Naturalnie wampir musi bardzo uważać, żeby ludzie mieszkający w okolicy nie zorientowali się, kim naprawdę jest mieszkaniec zamku. W każdym razie w przeszłości, a już zwłaszcza w bardziej odległych krainach Europy Wschodniej, lepiej było się stać arystokratą niż plebejuszem.
Zasadniczo stosunek wampira do mieszkańców okolicznych osad jest pasożytniczy; często przecież potrzebuje dla siebie ludzkiego mięsa, którym się nasyca i dzięki któremu żyje. Oczywiście może to być niebezpieczne dla jego opinii w oczach miejscowych, ponieważ mimo że wampir nie chce, by go uważano za stworzenie żarłoczne, a tym samym niebezpieczne i zagrożenie dla całej miejscowości, usiłuje stworzyć wokół siebie w oczach sąsiadów aurę tajemniczości i stara się utrzymywać ich stale w strachu przed sobą – ze względu na własne bezpieczeństwo. Pozwala to mu pożywić się od czasu do czasu jakąś dziewicą, chłopczykiem czy też innym soczystym kąskiem.
W wielu rejonach Europy Wschodniej, kiedy ktoś przyjezdny wymieniał nazwę pozornie opuszczonego zamku, wywoływał przestrach u słuchaczy, choć mało prawdopodobne, żeby – z uwagi na ogólnie panującą apatię miejscowej wiejskiej ludności – ktokolwiek odważył się podjąć walkę z potencjalnym wampirem. Według niektórych złych języków owa apatia była wynikiem hipnotyzującej mgły, wydzielanej przez wampira-arystokratę.

Najbardziej istotne zagrożenia

Styl życia wampira można by określić jako ascetyczny. Jak już zobaczyliśmy, żyje on na obrzeżach ludzkiej społeczności i trzyma się z boku, by zachować wokół siebie aurę tajemnicy. W rezultacie ma niewielki kontakt z innymi istotami swojego gatunku, z wyjątkiem tych, które trzyma u siebie, schwytane po to, by je wykorzystywać. (Czytaj dalej… »)

Wybór pani prezydent – Anne Holt

O książce w Stereo.pl:

Wybór pani prezydent

Przeczytaj fragment:


Abdallah al-Rahman był syty. Pogłaskał się po twardym brzuchu. Przez chwilę rozważał odłożenie treningu, bo naprawdę zjadł trochę za dużo. Z drugiej jednak strony, miał sporo zajęć przez resztę dnia. Jeśli nie potrenuje teraz, istnieje groźba, że później nie znajdzie na to czasu. Przeszedł do ogromnej siłowni. Chłodne powietrze owiało go niczym przyjemny oddech. Starannie zamknął drzwi, zanim zaczął się rozbierać. Wreszcie jak zwykle stanął boso, ubrany jedynie w obszerne, nieskazitelnie białe spodenki.
Włączył bieżnię. Najpierw powoli, na program interwałowy, trwający ponad czterdzieści pięć minut. To mu pozwoli na ledwie pół godziny z ciężarkami. Trochę za mało, jak na jego gust i przyzwyczajenia, ale i tak lepsze to niż nic.
Oczywiście, nie otrzymał żadnej wiadomości. Żadnego potwierdzenia, żadnego zaszyfrowanego meldunku, telefonu czy tajemniczego e-maila. Nowoczesna komunikacja była jak obosieczny miecz, skuteczna, a zarazem niebezpieczna. Spotkał się natomiast na śniadaniu z francuskim biznesmenem i odmówił przedpołudniową modlitwę. Podczas krótkiej wizyty w stadninie obejrzał nowe źrebię, urodzone tej nocy i już przepiękne. Nikt nie zakłócił Abdallahowi al-Rahmanowi jego powszedniego dnia. Nie było to zresztą konieczne.
CNN już dawno zapewniło mu potwierdzenie, którego potrzebował.
Wszystko najwyraźniej poszło zgodnie z planem.
*

Wszystko działało.
Uświadomiła to sobie, gdy wreszcie mogła ukraść chwilę na papierosa. Dyrektor sekretariatu ministra sprawiedliwości, Beate Koss, nie była nałogową palaczką, ale z reguły miała w torebce małą, zawierającą dziesięć sztuk paczkę papierosów. Włożyła płaszcz i zjechała windą do holu. Był zamknięty dla obcych, a przed wejściem po obu stronach stali uzbrojeni strażnicy. Zadrżała lekko i skinęła głową cywilnemu funkcjonariuszowi, który bez słowa przepuścił ją przez blokadę.
Przeszła na drugą stronę ulicy.
Wszystko naprawdę działało. Wszystko, co do tej pory było sztywnymi dyrektywami i czystą teorią, w ciągu kilku przedpołudniowych godzin stało się rzeczywistością. Sprzęt komunikacyjny i procedury powiadamiania zadziałały, jak powinny. Wezwano kluczowy personel, powołano sztab. Nawet minister obrony, który z okazji święta narodowego był na Svalbardzie, wrócił do swego gabinetu. Wszyscy znali swoje obowiązki i swoje miejsca w ogromnej maszynerii, która raz uruchomiona, zdawała się działać własnym napędem. Może godzinę albo dwie za późno, jak najwyraźniej uważał Peter Salhus, ale Beate mimo wszystko nie potrafiła się powstrzymać od swoistego poczucia dumy z tego, że uczestniczy w wielkiej, historycznej chwili. (Czytaj dalej… »)

Zacisze 13. Powrót – Olga Rudnicka

O książce w Stereo.pl:

Zacisze 13. Powrót

Przeczytaj fragment:


Pogrążona w myślach Aneta machinalnie mieszała bigos. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Marty nie było już od pół roku, lada moment powinna zacząć rodzić i nim się obejrzą nadejdzie lato i co? I nic! Żadna z nich nie wpadła na pomysł usunięcia zwłok. Niby do sierpnia, do przyjazdu Marty kawał czasu, ale co z tego? Do tej pory też minął kawał czasu a nic z tego nie wynikło. No może z wyjątkiem… Jedyna rzecz, która układała się całkiem nieźle to sytuacja z Tomkiem. Nadal nie zdecydowali się na oficjalne zamieszkanie. Wprawdzie Tomek pomieszkiwał u niej i to w stopniu zaawansowanym zważywszy na ilość miejsca zajmowanego przez niego w szafie i łazience, ale… Do czasu rozwiązania problemu betonowych chłopców zamieszkać na Zaciszu nie może.
- Wiedziałaś, że do domu Alicji Bednarz ktoś się wprowadził? – z rozmyślań wyrwał ją głos Tomka.
- Wróciła? – zdziwiła się.
- Nie, no co ty… chyba, że podczas pobytu w areszcie przybyło jej z trzydzieści lat. Starsza pani, koło sześćdziesiątki. Widziałem jak poganiała tragarzy z firmy przewozowej.
- Wiesz kto to jest? – zastanawiała się.
- Nie mam pojęcia. – wzruszył ramionami. – Może ktoś z rodziny?
- Myślisz?
- To możliwe. Dom stał pusty…
- Hm… Ciekawe…
- Dlaczego ciekawe? – usiłował zajrzeć do sporego garnka co nie było dobrym pomysłem. Przez zaparowane okulary nic nie widział.
- Nie wiem. Tak mówię. Że ciekawe kto się wprowadza. Może ktoś z rodziny? Jakaś ciotka? Może wynajęte…
- Może…
- Może co? Rodzina czy wynajęte?
- Skąd mam wiedzieć?
- Dowiedz się. – poleciła mu stanowczo.
- Jak? – zmieszał się.
- Idź i się zapytaj facetów z firmy przewozowej.
- Nie będę nigdzie biegał. To nie moja sąsiadka. Chcesz to sama idź.
- Jestem zajęta. – wskazała na garnek.
- A ja jestem zmęczony. Poza tym nie interesuje mnie to. Co za różnica kto się wprowadza? (Czytaj dalej… »)

Uroczysko – Magdalena Kordel

O książce w Stereo.pl:

Uroczysko

Przeczytaj fragment:


W domu wszystko układało się zadziwiająco poprawnie. Marysia, mimo zbliżającego się końca roku szkolnego, bezboleśnie zaaklimatyzowała się w nowej szkole, Anielka – która nadal mieszkała u mnie, bo Łucji zdjęcia jakoś niepokojąco się przedłużyły – wyglądała na całkowicie zadomowioną, Jagoda przez całe dnie albo tonęła w opasłych książkach, albo stukała w klawiaturę komputera, ojciec – co szczerze mówiąc, trochę mnie niepokoiło – wyglądał na jeszcze bardziej zadomowionego niż Anielka. Nawet Igor miło mnie rozczarował, bo gdy w końcu się dowiedział, że mój nowy adres znajduje się grubo ponad trzysta kilometrów od Warszawy, tylko kilka razy zaklął szpetnie i zapytał, kiedy zamierzałam mu o tym powiedzieć i jak w takim razie on ma się spotykać z Marysią. Gdy wyjaśniłam mu, że Marysia może go odwiedzać (ktoś na razie bliżej nieokreślony zawsze ją odwiezie), zachował się po ludzku i nie drążył tematu. Czyli, mówiąc najzwięźlej, wszystko układało się nad podziw dobrze. Aż zaczęło mnie to trochę niepokoić, bo doświadczenie nauczyło mnie, że sielanka nigdy nie trwa długo. I rzeczywiście, zgodnie z oczekiwaniami na gładkiej powierzchni mojego całkiem nowego spokojnego życia zaczęły pojawiać się drobne fale. Pierwsza objawiła się w postaci Anielki. Dziecko pokochało nas do tego stopnia, że nie chciało słyszeć o zamieszkaniu u Łucji, która w końcu wróciła, kajając się i przepraszając za opóźnienie.
- Ciociu ja już nigdy nie włączę telewizora i będę anielsko dobra i piękna, tylko pozwól mi zostać. Przecież mama kiedyś wyzdrowieje, to mnie i tak zabierze. Ja nie chcę wracać do cioci Łucji! – Anielcia postanowiła nie przebierać w środkach i żeby mnie przekonać, nie tylko wyła jak opętana, ale malowniczo rzuciła się na kolana.
Osłupiała Łucja stała z rozdziawionymi ustami i nie miała pojęcia, co z tym zasmarkanym i głośnym fantem zrobić. Jakby było mało zamieszania, wrzaski Anielki ściągnęły na dół całą rodzinę plus Norberta, który pomagał Marysi odrabiać matematykę. Nawiasem mówiąc, patrząc na swoją córkę, odnosiłam wrażenie, że w stanie, w jakim się znajduje, przyswojenie wiedzy matematycznej całkowicie przekracza jej zdolności. Chyba że Norbert zastosował metodę obrazkową, polegającą na dodawaniu, mnożeniu i tak dalej serduszek z wypisanymi inicjałami w środku. (Czytaj dalej… »)

Dalej »

Polski Wordpress
Powered by WordPress | Theme by Roy Tanck. Tłumaczenia dokonał azWeb dla Polski support WordPress