Dziecioodporna

O książce w Stereo.pl:
Przeczytaj fragment:
Irytowało nas ślepe założenie, że dzieci stanowią dar od losu, i jednocześnie ceniliśmy sobie przynależność do antydziecięcego frontu. Nasz związek opierał się na wolności, swobodzie wyborów i poszukiwaniach. Byliśmy razem dlatego, że chcieliśmy być razem. Nie dlatego że potrzebowaliśmy partnera do wychowywania dziecka ani dlatego że połączyły nas dzieci i osiemnaście lat obowiązków.
Mimo to jakieś dwa lata po ślubie coś się zmieniło.
Z początku zmiana była subtelna, podobnie jak wszystkie zmiany w związkach, więc trudno dokładnie określić, co stanowiło jej źródło. Jednak spoglądając wstecz, myślę, że wszystko zaczęło się podczas wyprawy na narty z Annie i Rayem, parą, która umówiła nas na pierwszą randkę. Znałam Annie od szalonych czasów college’u, zatem od razu zauważyłam, że uparcie sączy wodę Perrier. Z początku twierdziła, że bierze antybiotyki na infekcję zatok, lecz w przeszłości żadna kuracja antybiotykowa nie powstrzymywała jej od picia alkoholu, więc w końcu wyciągnęłam z niej prawdę. Była w ósmym tygodniu ciąży.
– Planowaliście to? – palnęłam, sądząc oczywiście, że był to wypadek. Annie uwielbiała pracę reżyserki filmów dokumentalnych, a oprócz tego pochłaniał ją milion innych spraw. Nigdy nie mówiła, że interesuje ją rodzenie dzieci, i nie wyobrażałam sobie, żeby mogła znaleźć czas na macierzyństwo.
Annie i Ray klasnęli w dłonie i jednocześnie pokiwali głowami.
– Myślałam, że nie chcecie mieć dzieci – powiedziałam.
– Nie chcieliśmy ich tak o d r a z u – powiedziała Annie. – Ale teraz czujemy się gotowi. Chociaż z drugiej strony chyba nigdy nie jest się na to do końca gotowym! – Wybuchnęła piskliwym śmiechem uczennicy, a jej policzki oblały się rumieńcem.
– Że co? – spytałam.
Ben kopnął mnie pod stołem i powiedział:
– W takim razie gratulujemy, kochani! To cudowna wiadomość. – Następnie posłał mi surowe spojrzenie i powiedział: – Prawda, że to wspaniała wiadomość, Claudio?
– Tak. Rzeczywiście wspaniała – powiedziałam, lecz nie opuszczało mnie wrażenie, że zostałam zdradzona. Właśnie traciliśmy naszych ulubionych towarzyszy podróży, jedynych bliskich przyjaciół, którzy nie byli skrępowani dziećmi i różnymi ograniczeniami wynikającymi z ich posiadania.
Później, kiedy byliśmy już sami w pokoju, Ben zbeształ mnie za tak jawne okazywanie braku wsparcia.
– Mogłaś przynajmniej u d awa ć, że cieszysz się ich szczęściem – powiedział – zamiast maglować Annie i Raya z metod kontroli narodzin.
– Po prostu byłam w szoku – powiedziałam. – Podejrzewałeś coś?
Ben potrząsnął głową i z przelotnym wyrazem zazdrości na twarzy powiedział:
– Nie. Ale uważam, że to wspaniałe.
– Chyba nie powiesz, że teraz ty też chcesz mieć dzieci? – zapytałam, raczej w formie żartu.
Odpowiedział pospiesznie, lecz jego słowa wydały mi się pozbawione przekonania i nieszczere:
– Oczywiście, że nie. Nie bądź śmieszna.
W ciągu kolejnych kilku miesięcy sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca. Ben zdecydowanie za bardzo interesował się przebiegiem ciąży Annie. Podziwiał zdjęcia z USG i nawet przyczepił jedno z nich do naszej lodówki. Powiedziałam mu, że nie jesteśmy typem rodziny, która przyczepia różne rzeczy do lodówki.
– Jezu, Claudio. Wyluzuj – powiedział Ben i wydawał się poruszony, gdy odklejał niewyraźny czarno-biały obrazek, aby wrzucić go do szuflady. – Naprawdę powinnaś bardziej cieszyć się tym, co ich spotkało. To nasi najlepsi przyjaciele, na Boga.
Niedługo po tym, tuż przed narodzinami dziecka Annie i Raya, w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się na weekendowy wypad do kurortu, w którym wzięliśmy ślub. Był początek stycznia, kiedy nagłe zniknięcie świątecznych ozdób i turystów sprawia, że Manhattan wygląda goło i szaro, a Ben oznajmił, że nie może się już doczekać początku marca i naszej wstępnie zaplanowanej wycieczki do Belize. Pamiętam, jak wrzucając do walizki kilka par szortów i nowe czerwone bikini, zauważyłam, że spontaniczność i możliwość zaplanowania wakacji w jednej chwili stanowią bardzo przyjemny element naszego związku.
Ben powiedział:
– Tak. Nasze wspólne życie ma kilka cudownych stron.
Zdumiała mnie pobrzmiewająca w tym stwierdzeniu melancholia – nieco złowieszcza – lecz nie drążyłam tematu. Nie próbowałam nakłonić Bena do rozmowy nawet podczas lotu na Karaiby, kiedy przejawiał nietypową dla siebie małomówność.
Tak naprawdę zaczęłam się martwić dopiero wieczorem, kiedy urządzaliśmy się w pokoju, wypakowując ubrania i kosmetyki. Przerwałam na chwilę, aby spojrzeć na widniejący za oknem ocean, a kiedy ponownie odwróciłam się w stronę walizki, w lustrze dostrzegłam odbicie Bena. Na jego twarzy malował się wyraz skruchy. Wpadłam w panikę, przypominając sobie to, co moja siostra Maura mówiła kiedyś o mężczyznach, którzy zdradzają żony. Była ekspertką w tej dziedzinie, ponieważ z tego, co wiedziała, jej mąż Scott zdradził ją co najmniej z dwiema kobietami.
– Uważaj, jeśli staną się naprawdę wredni lub naprawdę mili. Na przykład kiedy bez żadnego powodu zaczną przysyłać ci kwiaty albo biżuterię – powiedziała. – Albo gdy zabiorą cię na romantyczną wyprawę. To poczucie winy. W ten sposób próbują ci coś wynagrodzić. – Usiłowałam się uspokoić, powtarzając sobie, że zachowuję się jak paranoiczka. Ben i ja zawsze lubiliśmy spontaniczne wycieczki. Ni gdy nie potrzebowaliśmy konkretnego powodu.
Mimo to nadal pragnęłam pozbyć się uporczywych myśli o Benie obściskującym się z jakąś spoconą artystką, więc usiadłam na łóżku, zrzuciłam japonki i powiedziałam:
– Ben, porozmawiaj ze mną. Co cię gryzie?
Głośno przełknął ślinę i usiadł obok mnie. Łóżko lekko podskoczyło pod jego ciężarem i ten ruch sprawił, że zaczęłam się denerwować jeszcze bardziej.
– Nie wiem, jak to powiedzieć – zaczął łamiącym się głosem.
– No więc po prostu to z siebie wyduszę.
Pokiwałam głową, czując, jak ogarniają mnie mdłości.
– Mów.
– Chyba jednak chcę mieć dzieci.
Poczułam przypływ ulgi i nawet głośno się roześmiałam.
– Przestraszyłeś mnie. – Ponownie parsknęłam śmiechem, tym razem głośniej, po czym otworzyłam jamajskie piwo wyjęte z minibarku.
– Mówię poważnie, Claudio.
– Skąd taki pomysł? Chodzi o Annie i Raya?
– Możliwe. Nie wiem. Ja… Ja po prostu to c z u j ę – powiedział Ben, przyciskając pięść do serca.
Przynajmniej mnie nie zdradza, pomyślałam. Nigdy nie potrafiłabym zapomnieć mu takiej zdrady. Chwi lowe pragnienie dziecka z pewnością mu minie. Kiedy jednak Ben nadal wyliczał powody, dla których dziecko może być czymś dobrym – wspominając między innymi o pokazywaniu dzieciom świata i robieniu wszystkiego lepiej niż nasi rodzice – moja ulga ustąpiła miejsca czemuś innemu. Zaczęłam mieć wrażenie, że tracę kontrolę, że coś wymyka mi się z rąk.
Próbowałam zachować spokój, wygłaszając dosyć elokwentną przemowę. Powiedziałam mu, że całe to rodzicielstwo zupełnie do nas nie pasuje. Powiedziałam, że stworzyliśmy związek oparty na nas dwojgu i na przekonaniu, że troje lub więcej to już tłok. Podkreśliłam, że w przeciwnej sytuacji nie moglibyśmy w ostatniej chwili wybrać się na wycieczkę. Bez przerwy bylibyśmy uziemieni w domu.
– Ale mielibyśmy i n n e powody do radości – powiedział Ben. – A jeśli rzeczywiście omija nas coś naprawdę wspaniałego? Nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek żałował posiadania dzieci.
– Czy powiedziałby o tym, gdyby rzeczywiście żałował? – zapytałam.
– Być może nie – powiedział Ben. – Ale moim zdaniem nikt tego nie żałuje.
– Kompletnie się z tobą nie zgadzam… Po co są w takim razie szkoły z internatem? Samo ich istnienie już czegoś dowodzi, prawda? – zapytałam. Po części był to żart, lecz Ben wcale się nie śmiał.
Westchnęłam i postanowiłam zmienić temat, skupić się na przyjemnościach. Pokazać Benowi, co by nas ominęło, gdybyśmy mieli dzieci.
– Przebierzmy się i chodźmy na kolację – powiedziałam, nastawiając One Love na naszym przenośnym odtwarzaczu płyt kompaktowych i myśląc, że nikt tak skutecznie jak Bob Marley nie wprawia człowieka w daleki od spraw rodzicielstwa, nieskrępowany nastrój.
Jednak pomimo moich najszczerszych starań o dobrą zabawę pozostała część weekendu upłynęła pod znakiem rosnącego napięcia. Miałam wrażenie, że nasza radość z bycia razem jest wymuszona, a nastrój Bena przeszedł z przygaszonego w smętny. Trzeciego i zarazem ostatniego wieczoru na wyspie wzięliśmy taksówkę do Asolare, restauracji z fantastycznym widokiem na zatokę Cruz. Jedliśmy w milczeniu, komentując jedynie zachód słońca i doskonale przyrządzonego homara. Kiedy kelnerka przyniosła nam kawę i sorbet, spojrzałam na Bena i powiedziałam:
– Wiesz co? Mieliśmy umowę.
Gdy tylko te słowa padły z moich ust, poczułam, że zabrzmiały idiotycznie. Żadne małżeństwo nie jest umową, której nie można zerwać. Nawet wtedy kiedy macie wspólne dzieci, choć to z pewnością komplikuje sytuację. Tkwiąca w tym wszystkim ironia wydała mi się przytłaczająco smutna.
Ben pociągnął się za ucho i powiedział:
– Chcę być ojcem.
– Jasne. Jasne – powiedziałam. – Ale czy pragniesz dziecka bardziej niż bycia moim mężem?
Wyciągnął dłoń i położył ją na mojej.
– Chcę jednego i drugiego – powiedział i ścisnął moje palce.
– No cóż, nie możesz mieć jednego i drugiego – powiedziałam, próbując stłumić nutę wściekłości pobrzmiewającą w moim głosie.
Czekałam, aż powie, że bez względu na wszystko wybrałby mnie. Że to jedyna rzecz na świecie, której jest naprawdę pewny.
– No więc? Co wybierasz? – zapytałam.
Nie zamierzałam poddawać go żadnemu testowi, lecz nagle właśnie tak to zabrzmiało. Ben długo wpatrywał się w swoje cappuccino. Następnie cofnął dłoń i powoli wrzucił do kubka trzy kostki cukru.
Kiedy w końcu na mnie spojrzał, w jego szarozielonych oczach malowały się poczucie winy i smutek, a ja wiedziałam, że właśnie otrzymałam odpowiedź.










